Krąży mi po głowie tytuł filmu z Shią LaBeoufem z 2005 roku. Opowiadał on o „najwspanialszej grze”, jaką rozegrano na polu golfowym. Choć i ten sport poważam, to sądzę jednak, że na temat o wiele wspanialszej gry napisał w 2013 roku „The World Street Journal”. Oto gdzieś w USA istniaje grupa ludzi, która od paru dekad gra w berka (!). Wzniosłym celem tej fantastycznie brzmiącej rozgrywki jest zachowanie młodzieńczej przyjaźni. Temat o takim potencjale komediowym, że aż ciężko go dotknąć właściwie, by wykorzystać niemal niewiarygodny pomysł, który kilku przyjaciół przekuło w rzeczywistość.

Hoagie Malloy (Ed Helms) podejmuje się zadania zebrania całej drużyny, by jeszcze raz spróbować niemożliwego. Wykorzystać szansę, jaką jest ślub Jerry’ego (Jeremy Renner) i pozbawić go lauru ostatniego nietkniętego berkiem. Kierunki rozwoju historii są oczywiste – kolejne sytuacje to głównie preteksty do urządzenia polowania na mistrza i jego heroicznych ucieczek. Początkowo obawiałem się takiej konstrukcji, a jednak sceny te wypadają zaskakująco różnorodnie i pomysłowo. A co istotne – w dużej mierze zostały zaczerpnięte z życia i zbudowane na podstawie przekazów oryginalnych bohaterów.

Scenariusz Roba McKittricka i Marka Steilena ustrzegł się wielu min amerykańskich komedii. Brak tu nadętego moralizatorstwa, dłużyzn i fabularnych mielizn. A przede wszystkim – fekalnych i obrzydliwych żartów, które niejeden dobrze zapowiadający się film już mi zepsuły. Każda z postaci – poważny i ustatkowany Hoagie, „duży dzieciak” z nieodłącznym jointem Chilli (Jake Johnson), neurotyczny Kevin (Hannibal Buress) i odnoszący sukcesy w wielkim biznesie Bob (Jon Hamm) – to osobowość o niejednowymiarowej konstrukcji, sprytnie opowiedzianej i dowcipnie przedstawionej. Ed Helms świetnie odnajduje się w roli podobnej do odgrywanej w Kac Vegas, choć zdecydowanie mniej fajtłapowatej. Jake Johnson to niemal Nick z Jess i Chłopaki, choć jeśli to emploi działa, komediowe prawa pozwalają na dużą eksploatację żartów z tej samej parafii. Zdecydowanie show kradnie jednak Hannibal Buress, który otrzymuje odpowiednie kwestie i wreszcie może ogrywać swoją specyficzną mimikę oraz będący kontynuacją stand-upowych występów styl bycia.

Odnajdziemy tu kompilację odniesień – od thrillerów sci-fi, poprzez kino grozy, akcji, komediodramatyczne reunion story, aż po konieczny w tej konwencji slapstick. Jasne, scenariusz nie poraża skomplikowaniem, a gagi pomysłowością. Jeff Tomsic klei jednak z tego przyjemną dla oka galerię charakterów, którym po prostu pozwala dobrze bawić się przed kamerą. Ostatecznie bohaterowie to wieczni chłopcy, otoczeni przez zaintrygowane ich dziecięcym światem kobiety i postawione gdzieś w tle (w tle!!!) pytania o to czym jest dorosłość i czy na pewno prowadzi do niej droga, na której gubimy całą młodzieńczą fantazję i spontaniczność. Wciąż wiele tu niezrealizowanego potencjału – historia się właściwie nie rozwija, a zaczyna mieć apetyt na własny ogon. Postać Jerry’ego nie znajduje poważnego rozwinięcia fabularnego, podobnie jak i te odgrywane przez Islę Fisher i Annabelle Wallis. To, co byłoby jednak wielkim mankamentem innego filmu, tu częściowo rekompensowane jest niezłymi relacjami wewnątrz grupy i dobrą reżyserią.

Osobiście lubię to podejście – mierzenie sił na zamiary i robienie dobrego kina rozrywkowego. Takiego, w którym odnajdzie się każdy, kto oczekuje od komedii dobrej zabawy i czegoś więcej, niż żartów z wydzielin ludzkiego ciała. To kolejna z rzędu ciekawa produkcja w tym gatunku od Warner Bros, po stylistycznie pokrewnym Wieczorze gier i ambitniejszym Disaster Artist. Kierunek jest więc niezły i z większą ufnością wybiorę kolejną produkcję tego dystrybutora. Kto nie szuka wielkiego kina, a potraktuje wizytę w kinie jako okazję do dobrej zabawy, wyjdzie z „Berka” naprawdę zadowolony. Przecież w tej zabawie czasem też chodzi o to samo – by znów poczuć się dzieckiem i miło spędzić czas z przyjaciółmi.

Ocena: 4/6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.