Sny o miłości Daga Johana Haugeruda okazały się wielkim zwycięzcą tegorocznego festiwalu w Berlinie. Biorąc pod uwagę nazwisko przewodniczącego Jury – Todda Haynesa, nie może to być zaskoczeniem. Innym bardzo udanym dziełem była debiutująca wcześniej na Sundance czarna komedia Kopnęłabym cię, gdybym mogła.
Film norweskiego reżysera Daga Johana Haugeruda (ocena: 9) opowiada historię pierwszego zauroczenia nastoletniej dziewczyny w sporo starszej nauczycielce języka francuskiego. Obserwujemy, jak bohaterka przeżywa to uczucie – pełne niepewności, fascynacji i dziecięcej idealizacji – a także jak próbuje je zrozumieć i uporządkować poprzez pisanie. Jej manuskrypt, z początku traktowany jak osobisty dziennik, staje się z czasem literackim eksperymentem i próbą dojrzewania przez słowa. Gdy dziewczyna decyduje się opublikować książkę-pamiętnik o swojej pierwszej miłości, film wchodzi na metapoziom refleksji o tym, gdzie kończy się prywatność, a zaczyna prawo do ekspresji i sztuki.
Ciekawym zabiegiem Haugeruda jest również wprowadzenie różnych kobiecych perspektyw, mamy i babci Johanne które stanowią swego rodzaju lustra dla głównej bohaterki. Ich rozmowy o miłości, wstydzie i wspomnieniach tworzą międzypokoleniowy dialog o tym, jak zmienia się sposób przeżywania i opowiadania emocji. Reżyser z dużą czułością i bez moralizowania ukazuje, jak pisanie staje się dla młodej dziewczyny formą emancypacji, a zarazem źródłem konfliktu z otoczeniem. Sny o miłości zachwycają prostotą, naturalnym rytmem codzienności i emocjonalną szczerością.
Sny o miłości to subtelna opowieść o pierwszym zauroczeniu i zagubieniu wśród emocji. Jest to część trylogii (inne film z serii to Sex i Miłość), filmach, która opowiadają o związkach z niezwykłą wrażliwością i ludzką empatią. Ale to właśnie Sny o miłości jawią się jako najciekawszy utwór serii. Jest w nim sporo z twórczości Celine Sciammy (tematy queerowej miłości, odkrywania swojej seksualności), a także Erica Rohmera (inteligentne rozmowy, literackość dzieła). W końcu – wspomniany Todd Haynes też nie powstydziłby się tego filmu, bowiem sposób w jaki Haugerud używa melodramatycznych narzędzi może przypomnieć takie dzieła jak Daleko od nieba czy Carol.
Kopnęłabym cię, gdybym mogła (ocena: 8) to dzieło zgoła inne. Film, który uderza bez ogródek – surowy, momentami nieprzyjemny portret kobiety na krawędzi, a zarazem jeden z tych obrazów, które trudno będzie wyrzucić z głowy. Reżyserski powrót Mary Bronstein to odważna mieszanka czarnego humoru i psychologicznego dyskomfortu: kamera nie ucieka od brzydoty codzienności, a scenariusz bezlitośnie rozciąga spiralę frustracji bohaterki. To przede wszystkim triumf aktorski Rose Byrne, której granie – pełne szczerości i fizycznej intensywności – zamienia film w bolesne, często komiczne studium rozpadu tożsamości i macierzyństwa. W moich oczach to najlepsza rola tego sezonu i w idealnym świecie w lutym wygrałaby Oscara.
Warstwa formalna uwypukla uczucie klaustrofobii: klawe motelskie wnętrza, drobne, odpychające rytuały dnia codziennego i ciągłe napięcie między troską a rozpadem tworzą świat, w którym empatia miesza się z wstrętem – a widz staje się współwinny. Film przypomina nieco chropowatą twórczość braci Safdie (Nieoszlifowane diamenty, Good Time) – tę samą nerwową energię, nieustanne poczucie zagrożenia i autentyzm wynikający z pozornego chaosu. Bronstein filmuje swoich bohaterów z bliska, niemal dusząc ich w kadrze, co tylko potęguje wrażenie osaczenia i emocjonalnego upadku.
