Gaspar Noé – to jedno z tych filmowych nazwisk, z którym warto zapoznać się jeszcze przed odwiedzeniem kina. Ci, którzy bez tego rozeznania wylądują na filmach Argentyńczyka, mogą przeżyć spory szok. Elementami łączącymi kolejne produkcje jest przede wszystkim ciągła niepewność, co do tego gdzie twórca wyznaczy granicę tego, co można pokazać na ekranie. Nie wiem, czy w przypadku Noé takowe w ogóle istnieją.

„Climax” to coś pomiędzy filmem, performancem i specyficznym audiowizualnym widowiskiem. Zaburzona zostaje konstrukcja formalna, a jednak całkowicie na miejscu są elementy konstrukcji fabularnej. W chaotycznym kipiszu udaje się zbudować postaci o określonych charakterach. Maniakalna muzyka, błyskające światła i zastosowanie niemal wszystkich ustawień kamery względem bohaterów nie przeszkadzają w nadążeniu za kierunkiem wydarzeń. W tej pełnej szaleństwa podróży, w której pędzimy razem z uczestnikami przedziwnych wypadków, zaskakująco wiele jest konsekwencji i umiejętnego rzemiosła.

IMDb

Opowieść o grupie tancerzy, których wspólny pobyt w opuszczonej szkole przeradza się w festiwal agresji, seksu i podszytej strachem ekstazy. To jedno zdanie zarazem wystarczy, by opisać 90-minutowy seans, jak i by nie napisać na jego temat kompletnie nic. Naturalistyczny i spokojny pierwszy akt przerwany jest długą (i dość imponującą) sekwencją taneczną. Drugi to postępująca fala degrengolady i wyzwolenia z okowów konwenansu. Trzeci zaś przynosi zderzenie z rzeczywistością – z mniej i bardziej uświadomionymi konsekwencjami niemal nierzeczywistych zdarzeń. A to wszystko w dopracowanej do maestrii estetyce, która pomimo postawienia formy ponad treścią nie konsumuje fabularnego potencjału filmu.

Z każdą sceną dokonuje się dekonstrukcja pierwotnej zbiorowości. Obserwujemy bestialstwo i przerażenie walczących o siebie jednostek, którymi rządzą proste żądze. Ciała stają się więzieniem przyzwyczajonych do wolności tancerzy, a ostateczny trip – niekończącą się drogą ku wyzwoleniu, które może nigdy nie nadejść. Stopniowa utrata kontroli zbiera kolejne żniwa, zabierając władzę nad przestrzenią, ciałem, emocjami i własnymi myślami. Rozpad obejmuje podstawę ego wszystkich bohaterów, odzierając ich z wizerunku i karząc zderzyć się z wystawieniem kruchego „prawdziwego ja” na łaskę publiczności.

The Hollywood Reporter

Ci, którzy podeptani przez rzeczywistość dotrą do końca, na zawsze stracą swoistą niewinność. I my razem z Gasparem Noé dotrzemy do końca tej podróży, choć droga nie będzie komfortowa. Długa walka o poranek przy dźwiękach twardej elektroniki z lat 90-tych to pędząca niemal bez rytmu i pozornie bez sensu iluzja. Pozostawia widza z pytaniami i wątpliwościami, zmęczonego i rozdygotanego. Próżno tu czekać na katharsis, gdy z ostatnim taktem salę kinową rozświetlą nagle światła.

„Climax” nie przynosi brawurowych ról, choć amatorzy i naturszczycy dają tu dokładnie to, czego potrzeba. Scenariusz to relacja z narkotycznego tripu, zapis brutalnej nocy, gdy wszystko poszło nie tak, jak powinno. Wszystko to po to, by udowodnić, że kino wciąż jest strukturą wybitnie otwartą i chłonną. Rewolucjoniści są tu hołubieni lub mieszani z błotem, ale rzadko przechodzą niezauważeni. Oryginalność spojrzenia, przywiązanie do estetyki oraz pociąg do eksperymentu nie muszą jednak oznaczać całkowitej pogardy dla struktury. „Climax” wzbija się w pełen turbulencji lot. I choć ostatecznie ląduje, karze zadać pytanie, czy na pewno wciąż jeszcze nie szybujemy jeszcze gdzieś ponad chmurami.

Ocena: 5/6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.