Czy jakikolwiek film w historii kina musiał sprostać podobnym oczekiwaniom? Niektórzy powiedzą, że „Avatar”, choć z pewnością był to zupełnie inny typ nadziei, znacznie mniej emocjonalny. Czy chociaż jakikolwiek produkt popkultury osiągnął taki poziom zainteresowania swoją premierą w skali globalnej? Odpowiedź wydaje się oczywista. Złote dziecko Aviego Arada, Kevina Feige’a oraz Boba Igera to 22 filmy, które zarobiły na całym świecie już ponad 15 mld dolarów i stały się historycznym symbolem kina drugiej dekady XXI wieku. Opartym na wierności fanów, śledzących skomplikowane losy kilkunastu głównych postaci, które splatając się coraz silniej miały odnaleźć swój finał w „Avengers: Endgame”.

To częsty przypadek produkcji wybitnie wyczekiwanych. Skala oczekiwań jest tak ogromna, że właściwie niemożliwa do spełnienia. Twórcy mogą wyczyniać cuda, ale często sami widzowie nie wiedzą, czego właściwie oczekują. Ma być „spektakularnie” lub „epicko”, ale troszczący się o szczegóły nie zawsze wiedzą, w którą stronę powinni podążyć. Zaskoczyć? Obrać stare szlaki? Postępować zgodnie z kluczową zasadą sequela i po prostu podkręć wszystkie elementy do granic możliwości? Klasyczne problemy są w przypadku „Endgame” dodatkowo spotęgowane stopniem skomplikowania istniejących narracji, wielością postaci i koniecznością poprowadzenia odpowiednio wartkiej fabuły, zarazem z klasą domykającą wszystkie wątki.

imdb.com

Ogrom pracy wielkiego sztabu ludzi zbiega się tym razem w osobach braci Russo. Właściwie nieznany pięć lat temu duet reżysersko-scenopisarsko-producencki wziął na siebie obowiązki związane z kreatywną stroną MCU już przed kilkoma laty, tym samym zobowiązując się przed widzami (i szefami z Disneya) do dowiezienia całej franczyzy do szczęśliwego końca (trzeciej fazy).

Ponieważ wspomniałem już o ogromnej sferze oddziaływania „Endgame” nikogo nie zdziwi uwaga, że wiele przyjaźni naruszą pewnie zdradzone mniej lub bardziej intencjonalnie spojlery. Stąd w przeciwieństwie do właściwie wszystkich moich recenzji, w tym miejscu nie pojawi się nawet najmniejsze streszczenie fabuły. Nieprzypadkowo zwiastuny ujawniały z resztą zaskakująco niewiele treści z aż trzygodzinnej produkcji. Film braci Russo mierzy się przecież i z tym podstawowym pytaniem – „czy widzów debatujących na temat fabuły od przynajmniej roku, a żyjących całym wykreowanym światem od kilku(nastu) lat, da się jeszcze czymkolwiek zaskoczyć, a zarazem sprostać ich wymaganiom?”. Wystarczy jeśli powiem, że dobra opinia Anthony’ego i Joe w świecie MCU pozostaje nienaruszona.

„Avengers: Endgame” to świetne dopełnienie historii. I jeśli MCU jest świętym graalem ekranizacji komiksów, który po masie nieudanych realizacji wzniósł je na wysoki, solidny poziom, „Endgame” jest jego najlepszą możliwą konkluzją. Dodatkowo nie roszczącą sobie praw do bycia filmem dla wszystkich, choć i pobieżnie znający całe uniwersum powinni się tu odnaleźć. To jednak jak ostatni odcinek długiej historii, zaprojektowany właśnie dla tych najwierniejszych fanów, którzy śledzi z zapartym tchem przygody ulubionych bohaterów przez dwadzieścia jeden produkcji, dodatkowo nie odpuszczając sobie telewizyjnych „Agentki Carter” i „Agentów T.A.R.C.Z.Y.”. Jak wielkie podziękowanie za wspólnie spędzoną dekadę, „Endgame” nie powstał dla wszystkich kinomanów, a przede wszystkim geeków, jakkolwiek termin ten stracił nieco na znaczeniu. To oni, z marginesu popkultury, w ciągu kilkunastu lat przenieśli się do jej samego centrum.

imdb.com

Należy docenić poziom dojrzałości scenariusza, charakterów, jakimi obdarzono bohaterów oraz wyczucia w balansowaniu między wypełnionymi CGI bogatymi scenami akcji, a spokojnymi scenami dialogowymi. Oczywiście w kategoriach czysto filmowych, jeśli traktujemy dziesiątą muzę z perspektywy artystycznej, „Endgame” to dzieło o paru nieścisłościach i licznych uproszczeniach. Zarazem jednak jest być może najlepszym blockbusterem, jaki kiedykolwiek powstał. Świadectwem, że kino rozrywkowe może dostarczać również wartościowych produkcji, umiejętnie korzystając z efektów specjalnych, które nawet jeśli są istotnym, to wciąż elementem, nie zaś podstawą filmu.

Z trudnej gry między nostalgicznym pożegnaniem a epickim zwieńczeniem, twórcy wychodzą zwycięzcy. Wykorzystując potencjał wszystkich postaci, wątków i klimatu serii (z podkreśleniem obecnego silniej w trzeciej fazie humoru) dają dowód, że odpowiednio prowadzona seria filmowa nie musi tracić na jakości. Podobnie jak Marvel Cinematic Universe ewoluowało, poszukując świeżości i oryginalności, łącząc rozmaite gatunki filmowe oraz żeniąc komiksowe przerysowanie z dramaturgiczną powagą, tak „Endgame” jest jak dwadzieścia jeden filmów w jednym. Trudno chyba o lepszy dowód, że – być może nawet nieco niespodziewanie – wielki kinowy świat Marvela wieńczy sukces. Nie finansowy i nie frekwencyjny, gdyż te były pewne. Sukcesem tym jest spełnienie marzeń milionów widzów na całym świecie.

Ocena: 5/6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.