Diunę i Księżniczkę Marsa, na podstawie której powstał John Carter, łączy bardzo ważna rzecz. Obie produkcje są ekranizacjami klasyki sci-fi, z których przez lata czerpali filmowi twórcy, między innymi Gwiezdnych wojen i Avatara. Czy nadchodząca premiera Diuny nie pojawia się w takim razie za późno? Klapa Johna Cartera pokazuje, że tak może być.

John Carter to jedna z największych klap finansowych w historii kina. W Ameryce zarobił na otwarcie $30,2 mln, przegrywając walkę o pierwsze miejsce z animacją Lorax, dla której było to drugi weekend wyświetlania ($38,8 mln). Spadki w kolejnych tygodniach były olbrzymie, a nie pomogła również bliska premiera pierwszej części Igrzysk śmierci, która stała się ogromnym przebojem ($408 mln w samej Ameryce). W Ameryce John Carter zarobił tylko $73,1 mln, a globalnie $284,1 mln. Przy budżecie sięgającym aż $250,0 mln, doliczając do tego koszty promocji, film ostatecznie przyniósł Disneyowi ogromne straty finansowe. Ambitne plany na trylogię szybko anulowano, reżyser Andrew Stanton powrócił do tworzenia animacji dla Pixara, a Taylor Kitsch, który wcielił się w tytułową rolę, mógł pożegnać się z marzeniami o wielkiej karierze (jego porażkę przypieczętowało widowisko Battleship: Bitwa o Ziemię od Universalu, które weszło do kin krótko po Johnie Carterze). Głównym problemem okazało się to, że film nie wnosił nic nowego do gatunku sci-fi. Jego sukces chciano oprzeć na popularności Gwiezdnych wojen i Avatara, co wydaje się lekką ironią, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że Johnem Carterem inspirowano się już od lat.

Historia Diuny nie wygląda lepiej. W 1984 roku, gdy w amerykańskiej popkulturze królowały Gwiezdne wojny, ekranizacji Diuny podjął się David Lynch. Film nie spodobał się krytykom i zaliczył klapę w box office, zarabiając $30,9 mln przy budżecie $40,0 mln. Szesnaście lat później spróbowano ponownie, tym razem w formie trzyodcinkowego serialu, choć i w tym przypadku można mówić o rozczarowaniu. Co prawda serial zdobył dwie techniczne Emmy, ale oprócz tego produkcja raczej nie wzbiła się na wyżyny popularności.

Nowej ekranizacji podjął się człowiek dobrze zaznajomiony z kinem sci-fi. Denis Villeneuve wyreżyserował między innymi Nowy początek i Blade Runnera 2049, a więc można powiedzieć, że zna się na rzeczy. Pierwszy film, który trafi do kin w grudniu tego roku, przedstawi tylko połowę materiału książkowego, dlatego tak bardzo ważne jest, aby Diuna odniosła sukces finansowy. Grudzień to ciekawy czas w amerykańskim box office, głównie ze względu na okres świąteczny, który wykorzystały w ostatnich latach Gwiezdne wojnyAquaman Jumanji. Czy Diuna ma szansę powtórzyć ich sukces?

Grudniowe premiery w amerykańskim box office charakteryzują się tym, że notują niskie spadki frekwencji, a okres świąteczny sprawia, że przez kilkanaście dni, w środku tygodnia, filmy zbierają zyski na poziomie soboty czy niedzieli. Nawet filmy, które otwierały się na niższym poziomie, ostatecznie mogą pochwalić się całkiem udanym rezultatem. Tak było w przypadku animacji Sing ($55,9 mln po pięciu dniach wyświetlania, $270,4 mln w sumie) czy też Króla rozrywki, który przez pięć pierwszych dni zebrał bardzo średnie $13,4 mln, by ostatecznie zarobić aż $174,3 mln.

Przez ostatnich kilka lat Gwiezdne wojny zdominowały ten okres, przynosząc Disneyowi gigantyczne zyski. Przebudzenie Mocy otworzyło się w Ameryce z (wtedy) rekordowym $247,9 mln, by ostatecznie zarobić 3.7 razy tyle – $936,6 mln. Rok później Łotr 1 zarobił w sumie $532,2 mln, czyli 3.4 razy tyle, co w weekend otwarcia, podczas którego zebrano $155,1 mln. Być może Diuna wypełni lukę po Gwiezdnych wojnach jako nowe, kosmiczne widowisko do obejrzenia podczas świątecznej przerwy. Ten czas świetnie wykorzystał Aquaman, który półtora roku temu, podczas chwilowej nieobecności Gwiezdnych wojen w grudniowym kalendarzu, zarobił $335,1 mln po otwarciu $67,8 mln, a globalnie zgarnął ponad miliard, stając się najbardziej dochodową premierą okresu świątecznego.

Oczywiście, nie ma szans na otwarcie choć w połowie tak dobre, jak Gwiezdne wojny. To gwiezdna saga charakteryzuje się dużymi otwarciami w grudniu (cztery filmy, które przekroczyły granicę $100,0 mln na otwarcie w tym miesiącu to właśnie Gwiezdne wojny). Pozostałe hity notowały o wiele mniejsze pierwsze weekendy, ale mogły się pochwalić małymi spadkami frekwencji w następnych tygodniach. Jumanji: Przygoda w dżungli zarobił w Ameryce w pierwsze pięć dni wyświetlania $52,8 mln, a ostatecznie $404,5 mln. Jego kontynuacja podczas trzydniowego otwarcia zgarnęła $59,2 mln, by później zarobić $316,8 mln. Grudzień był również domem wielu innych sukcesów, między innymi HobbitaWładcy Pierścieni i Avatara.

W przypadku Villeneuve’a sukces artystyczny nie przekłada się na sukces finansowy (prognozy dla Blade Runnera 2049 mówiły o otwarciu w Ameryce powyżej $50,0 mln, co ostatecznie – jak wiemy – okazało się zupełnie nietrafione). Nowy początek zarobił $100,5 mln, czyli 4.1 razy tyle, co podczas otwarcia ($24,1 mln), a wspomniany Blade Runner 2049 poradził sobie dużo słabiej, bo po starci z poziomu $32,7 mln wynik ten powiększył się tylko 2.8 razy, do $92,0 mln. Zakładając, że nowa Diuna otworzy się w Ameryce na podobnym poziomie, co Blade Runner 2049, ale będzie mieć niższe spadki frekwencji, podobne do Aquamana i najnowszej części Jumanji, może liczyć na wynik w przedziale $160-170,0 mln. Otwarcie powyżej $40,0 mln, wcale nie takie trudne do osiągnięcia, mogłoby już przynieść wynik ponad $200,0 mln. Z drugiej strony, premiera w grudniu nie gwarantuje od razu sukcesu finansowego. Pojawiały się też produkcje, które poniosły sromotną klęskę, między innymi Zabójcze maszyny, które po tragicznym debiucie $7,5 mln zarobiły w Ameryce $15,9 mln. Nadchodząca premiera Diuny jest jednak zdecydowanie bardziej wyczekiwanym filmem niż Zabójcze maszyny, dlatego tak drastycznego wyniku raczej nie trzeba się obawiać. Do zarobku z rynku amerykańskiego dojdą też oczywiście wyniki z pozostałych krajów.

Warto też wspomnieć, że przez pandemię koronawirusa ekranizacja książki Franka Herberta zyskała konkurencję w postaci Top Gun: Maverick. Film został przesunięty z końcówki czerwca i teraz trafi do kin zaledwie pięć dni po Diunie. O tym, czy film Denisa Villeneuve’a będzie artystycznym i finansowym sukcesem dowiemy się już za kilka miesięcy. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, premiera odbędzie się 18 grudnia.

3 Comments on “Czy „Diuna” będzie następnym „Johnem Carterem”?”

  1. Podstawowe pytanie – jaki jest budżet tej Diuny? Bo jeśli poniżej 100 ml to może na siebie zarobić. Jeśli powyżej, to będzie kolejna klęska finansowa.

  2. Bazując na wcześniejszych filmach reżysera myślę, że film raczej dołączy do Watchmen, Man of steel, Blade runner 1 czy 2. Najpierw Carter. Całą winę za klapę ponosi producent. Wynajął reżysera kreskówek, a ten zrobił to co umiał, czyli film w stylu: pierdnął, zamachał rękami, zawołał iiihaaa jadąc na słoniu, głupio sie wyszczerzył. Ale to co sprawdza się w debilnych kreskówkach i daje im milionowe wpływy nie sprawdza się w filmach aktorskich. Carter to sąsiad Prince of Persja piaski czasu, wygląda jak jego sequel i skończył jak on. Ja nawet wolę wydany w podobnym czasie film Asylum „Księżniczka Marsa”, bardziej ubogi i słabiej zagrany ale lepiej go się ogląda. Czy serie Mumia, Piraci z Karaibów, Xmen czy Matrix tak by się rozwinęły i przeszły do kanonu gdyby wystartowały od części Grobowiec cesarza smoka lub Król skorpion, Na krańcu świata, X3 ostatni bastion lub Wolverine Geneza czy Matrix Reaktywacja? Nie sądzę, podzieliłyby los Cartera bo do niego są podobne, podobnie jak właśnie Prince of Persja, Mumia z Cruisem, Jeżdziec znikąd z Deppem, Ja robot, Bliźniak ze Smithem. A reżyser Diuny zrobił kilka filmów i wiadomo raczej czego się spodziewać. Jego film może pójść drogą filmów wymienionych w pierwszym zdaniu. Nie są one dość rozrywkowe dla popkorniarzy więc nie zarobi tych setek milionów, ale raczej zyska uznanie fanów SF i będzie oglądany przez lata. Pytanie tylko co myśli producent? Czy chce pociągnąć serię, czy po pierwszym filmie powie – nie zarobił 600 mlnów, klapa, nie kręcimy dalej. Bo to byłoby smutne. Ale mieliśmy takie przypadki których żałuje pewnie wielu kinomanów – Pan i władca na krańcu świata, Ostatni Mohikanin. A nawet Terminator 2019, miał taki bagaż wcześniejszego crapu na plecach, że nikt nie był nim zainteresowany. Okazał się dobrym filmem po którym ludzie mogli odzyskać wiarę w markę ale został za wcześnie skasowany. Villanuewe nie ma takiego bagażu negatywnego. Liczba rebootów, rimejków i sikueli idzie w setki więc każdy z nas widział jak różne mogą być filmy mające ten sam scenariusz ale różnych reżyserów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.