Mroczny klimat, odkrywanie upiornej prawdy, latami zamiatanej pod dywan, a na pierwszym planie niepozbawieni wad bohaterowie. Skandynawski kryminał to ugruntowana instytucja kultury popularnej, z mniejszym lub większym skutkiem ekranizowana w ilościach niemal hurtowych. Seria o Departamencie Q, jednostki kopenhaskiej policji przypominającej nasze Archiwum X, doczekała się już czwartej ekranizacji, a popularność historii na podstawie książek Jussi’ego Adlera-Olsena tylko rośnie. „Kartoteka 64” pobiła w zeszłym roku rekord duńskiego box-office dla produkcji rodzimej, notując wynik ponad 70 mln duńskich koron (przeszło 11 mln USD).

Na całe szczęście film Christoffera Boe można oglądać nie znając poprzednich części. Pojawia się wprawdzie sporo odniesień do relacji głównych bohaterów i czuć, że postaci mają swoją historię, całkowite poznanie tych uwarunkowań nie jest jednak konieczne. Po pięciu latach wspólnej pracy z  Carlem Mørckiem (Nikolaj Lie Kaas), Assad (Fares Fares) odchodzi z Departamentu Q. Relacja między partnerami, wcześniej po prostu przyjmująca postać szorstkiej przyjaźni, znacznie się pogarsza. Podczas ostatniego tygodnia ich wspólnej pracy, w kopenhaskiej kamienicy policja znajduje trzy zmumifikowane ciała, zamurowane w pokoju trzynaście lat wcześniej. Ślad wiedzie jednak dalej w przeszłość, aż do zamkniętego w latach 60-tych niesławnego ośrodka resocjalizacyjnego dla dziewcząt na wyspie Sprogø.

Zentropa Productions

Wszystkie elementy są tu na właściwych miejscach. Mamy pełnokrwiste i kapitalnie odgrywane postaci pierwszoplanowe, interesującą (choć, rzecz jasna, nieco naciąganą) intrygę oraz dobrze poprowadzoną narrację, która utrzymuje akcję na właściwym poziomie przez całe sto minut. Posępne krajobrazy Jutlandii wspaniale wprowadzają nas w klimat opowieści, która prócz kryminalnej rozrywki, przejawia ambicje skomentowania podstaw i cierpień, na których został zbudowany sukces duńskiego państwa opiekuńczego. Nieźle, jak na punkt wyjścia w postaci zmumifikowanych zwłok i wypreparowanych narządów płciowych.

Pomimo sporej schematyczności, „Kartoteka 64” wydaje się filmem świeżym. Spora w tym zasługa obdarzonych dużą charyzmą postaci pierwszoplanowych, którzy nadrabiają nawet za trącącego absurdem antagonistę. Relacja między Assadem i Carlem, w przeddzień awansu tego pierwszego, staje się niemal elektryczna. Konflikt jest jednym z kluczowych motorów fabuły i rozwija się równolegle do kolejnych elementów kryminalnej zagadki. Wpadając na trop dysponującej ogromną władzą kliki, policjanci będą musieli zmierzyć się nie tylko z zadaniem, ale i własnymi sumieniami.

Zentropa Productions

„Kartoteka 64” jest filmem stosunkowo prostym. Ktokolwiek zaczytywał się w skandynawskich kryminałach, po najnowszej historii o Departamencie Q nie powinien spodziewać się niczego niezwykłego. Christioffer Boe dostarcza nam solidne i uczciwe kino, które trzyma w napięciu i w przystępny sposób daje nam dostęp do bardzo ciekawego zagadnienia, celowo odsuniętego przez duńskie państwo w mroki zapomnienia i niedomówień. Biorąc pod uwagę całą strukturę opowieści, jest to nic innego jak telewizyjny procedural. Czy to grzech? Absolutnie nie. Raczej co najmniej poprawne rzemiosło. Na całe szczęście reżyser nie zapomniał o delikatnym autorskim podpisie i ubarwił wszystko nominowaną do Roberta (nagrody Duńskiej Akademii Filmowej) muzyką Anthony’ego Lledo i Mikkela Malthy.

Seria adaptacji prozy Jussi’ego Adlera-Olsena to wciąż bardzo pewna marka. Kino rozrywkowe na wysokim poziomie i ciekawa historia kryminalna, w której równie istotne jak znalezienie i ukaranie winnych, jest zdefiniowanie ich motywacji. A te na pewnym poziomie mogą wydawać się logiczne, co rysuje gdzieś na drugim planie pytania, na które duńskie (i pewnie nie tylko) społeczeństwo musi zacząć odpowiadać. Seria o Departamencie Q z pewnością nie straci wiernych widzów i czytelników, a zapewne pozyskała kolejnych. Wszystkim seriom życzyłbym utrzymywania tak solidnego poziomu w tylu kolejnych produkcjach.

Ocena: 4/6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.