Wytwórnia (a właściwie koncern) Disneya to w ciągu ostatniej dekady wysoce efektywna maszyna do zamieniania budżetu w zyski. Nawet nieco ryzykowny projekt transformowania uznanych bajek na pełnometrażowe fabuły to historia wielkiego sukcesu. Filmy takie jak Czarownica i Księga dżungli nie były tylko efektownymi opróżniaczami widzowskiej kieszeni, a wysokiej jakości produkcjami dla zaskakująco szerokiej grupy docelowej. „Krzyś” to kolejny krok, może nie technologiczny, ale fabularny. Nie celujący w ukazanie historii z innej perspektywy lub na inny sposób. To wybór na pozór bardzo odważny – jedna z najważniejszych postaci dziecięcej popkultury wszechczasów otrzymała ciąg dalszy.

Po szesnastu filmach animowanych, niezliczonych serialach, książeczkach dla dzieci, gadżetach i wszystkim co nazywamy eksploatacją marki, Disney zdecydował się na film fabularny. Krzyś (inaczej Christopher Robin, bo tak brzmiały imiona syna A.A. Milne’a) nie tylko dorósł, ale i wyrósł z dziecięcych zabaw. Zapomniał o prosiaczku, sowie i tygrysku, a nawet i Kubuś wydaje mu się obcy. Pochłania go dość tradycyjny problem kina familijnego – nietrafione wybory w kwestii zachowywania ‚work-life balance’. Historia nie została przeniesiona do współczesności, jednak nie obyło się bez uwspółcześnienia. Znalazło się miejsce dla dość współczesnych problemów rynku pracy, emancypacji kobiet oraz ról przedstawicieli konkretnych płci w społeczeństwie.

Jaki jest więc „Krzyś”, który najpierw wyrasta ze świata dzieciństwa, by odkryć że tak naprawdę to jego wciąż potrzebuje? Urokliwy, poprawny i… paskudnie bezpieczny. Niewiele wyrasta tu ponad standard kina familijnego, choć trzeba przyznać, że naprawdę widowiskowo zrealizowanego. Każda osoba mająca powyżej 20 lat rozpozna tu wytrychy gatunkowe rodem z dawnych popołudniowych filmów na TVP 2. I to nie do końca wada – kino familijne ma bawić i zachwycać, nie przełamywać gatunkowe klisze. A jednak fantastyczne odwzorowanie bajkowych postaci, klasowa obsada i rozbudzający apetyt zwiastun, sugerowały coś znacznie większego.

W centrum całej historii jest Ewan McGregor, który tradycyjnie wypada świetnie. Wiele chwały odbiera mu jedynie polski dystrybutor, odbierając Brytyjczykowi oryginalny głos. Zdecydowanie za mało czasu przed kamerą dostaje Hayley Atwell, mimo wszystko wykorzystująca szansę, by zapisać się w pamięci widzów jako ktoś inny, niż Agentka Carter. Dodatkowo przekonujące podejście młodej Bronte Carmichael kompletuje nam skromną ludzką obsadę głównego planu, która daje zabłysnąć gwiazdom ze świata baśni, jednocześnie wciąż utrzymując film w konwencji filmu fabularnego.

Do Kubusia zawsze będę miał ogromny sentyment. „Chatka Puchatka” była moją pierwszą książką i z pewnością istniało ryzyko, że nie pohamuję wzruszenia. „Krzysiu, gdzie jesteś?” przewidywał i wzruszenia, pośród śmiechu, zadumy i morału. Ostatecznie jest jednak tylko i aż bardzo wysokiej jakości produktem familijnym. To wspaniały wytwór najwyższej klasy specjalistów od animacji, ale jeszcze być może lepszy koncert w wykonaniu producentów. Zainwestowane w budżet 75 milionów dolarów zwróci się z nawiązką, a i ja dołożę swoją cegiełkę bez poczucia niewłaściwie wydanych pieniędzy. Ryzykowny krok okazał się opłacalny, choć nie aż tak ryzykowny. Może trzeba było pójść choć troszeczkę dalej?

Ocena: 4/6

P.S. Absolutnie polecam przy okazji zobaczyć choć fragment adaptacji radzieckiej 🙂
https://www.youtube.com/watch?v=7G_fYgW5Tys

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.