Gdy pod koniec lat 50-tych na amerykańskich ulicach królowały wciąż potężne krążowniki szos i obite drewnem kombiaki, pewien Teksańczyk właśnie wygrywał legendarny wyścig w Le Mans, jako pierwszy główny kierowca z USA, który tego dokonał. Była to końcówka kariery Carola Shellby – świetnego kierowcy, mającego jednak przejść do historii jako wybitny konstruktor samochodów Cobra. I uczestnik jednego z najbardziej znanych przedsięwzięć w historii motorsportu – uczynienia z Forda, definicji producenta masowego, marki sportowej. I to w ciągu kilku miesięcy.

W połowie lat 60-tych dział marketingu Forda zdecydował się wyjść poza działalność sportową w Stanach i ruszyć na podbój Europy i najtrudniejszego wyścigu torowego świata – 24-godzinnego Le Mans. Ówcześnie co roku w północnej Francji tryumfowały samochody Ferrari, które właśnie w wymagających zmaganiach na Cicruit de la Sarthe zbudowały swoją legendę. Amerykanie w jego historii właściwie się nie pojawiają, za wyjątkiem pojedynczych kierowców i finiszujących daleko od laurów konstruktorów.  Tak przynajmniej było do czasu, gdy ludzie Forda pojawili się w Shelby American Inc.

fot. 20th Century Fox

W „Le Mans ’66” rywalizacja Forda i Ferrari rodzi się, gdy włoski konstruktor odrzuca zaloty amerykanów i wiąże się z rodzimym Fiatem. Z powrotem w Stanach, Lee Iacocca (Jon Bernthal) nawiązuje kontakt z Carolem Shellby (Matt Damon), konstruktorem wybitnie utalentowanym i może jeszcze bardziej odważnym. Efektem ich współpracy ma być zwycięstwo w Le Mans i utarcie nosa Ferrari w ich własnej grze. Rozpoczyna się wyścig z czasem – ekipa Shellby’ego z ekstrawaganckim kierowcą i mechanikiem Kenem Milesem (Christian Bale) w składzie musi tchnąć życie w prototypowego Forda GT40 i zmienić go w najwspanialszą maszynę, jaka kiedykolwiek poruszała się po asfalcie.

Film Jamesa Mangolda to w równym stopniu emocjonująca historia oparta na nieśmiertelnym wątku rywalizacji reprezentantów dwóch różnych światów, ale i klasyczna opowieść o męskiej przyjaźni i specyficznie pojmowanym dojrzewaniu. Szaleni chłopcy tworzący szalone samochody zostają podporządkowani wielkiej korporacji, dla której nie liczą się ludzie, ani nawet samo zwycięstwo, które jest tylko przystankiem w drodze do ostatecznego celu. Największym sukcesem tej historii jest sposób, w jaki udało się ją przedstawić, klimatem bardzo nawiązujący do szalonego kina drogi lat 60-tych i 70-tych. Oglądając Shellby’ego i Milesa w ich pogoni za doskonałym okrążeniem, nie sposób nie dać się porwać ich ślepej wierze w możliwość osiągnięcia niemożliwego.

fot. 20th Century Fox

W tego typu filmie kluczowa jest akcja, a ta płynie dość wartko, by utrzymywać widza w stanie lekko podwyższonego pulsu, zarazem jednak na tyle spokojnie, że nic mu nie umyka, pomimo zaniechania dokładnego określania lokalizacji i czasu. Od strony technicznej otrzymujemy bardzo dobry montaż oraz niezłe, choć nie wybitne zdjęcia Phedona Papamichaela, które jednak zdecydowanie zapadają w pamięć ipozwalają poczuć całe bogactwo emocji. Jeśli macie możliwość wybrać się do kina o lepszym systemie video lub audio, „Le Mans ’66” zdecydowanie na to zasługuje.

Wspaniale wypada również dwójka głównych postaci – Matt Damon świetnie odnajduje się w roli bardziej świadomego realiów, starającego balansować się między nieokiełnaną fantazją i dojrzałym konformizmem Shellby’ego. Błyszczy oczywiście Christian Bale, który potwierdza że powierzanie mu ról obdarzonych charyzmą to jeden z najpewniejszych manewrów obsadowych w Hollywood. Niestety inwencji nie starczyło na czarne (i szare) charaktery, które nie posiadają niemal żadnych cech, a ich postaci kreowane są jedynie przez rzucanie kłód pod nogi protagonistów.

Historia wielkiego pojedynku Forda i Ferrari to dwie i pół godziny sprawnie zainscenizowanej akcji. W trakcie seansu często wracałem myślami do „Wyścigu” Rona Howarda, który wprawdzie nie imponował tak bardzo dynamicznymi sekwencjami wyścigowymi, dystansując jednak „Le Mans ’66” na polu fenomenalnie wytworzonej relacji głównych bohaterów, opartej na podszytej ogromnym szacunkiem rywalizacji. Film Mangolda nie zawsze idealnie balansuje między akcją, humorem i właściwym rozwojem opartej przecież na postaciach fabuły. Zapewnia jednak wspaniałe i odpowiednio długie sekwencje na torach, dzięki czemu przykrywa nieco zaniedbane wątki fabularne i odpowiedni rozwój postaci. Bądźmy z resztą szczerzy – kto chciałby oglądać wykuwanie się korporacyjnych kompromisów, mając do wyboru siedmiolitrowego V8 i niekończący się zestaw pięknych prostych i jeszcze piękniejszych wiraży.

Ocena: 4.5/6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.