W intro dystrybutora Gutek Film przewijają się nazwiska dziesiątek reżyserów. Każde z tych nazwisk to marka, a czasem niemal symbol jakiegoś typu kina lub całej narodowej kinematografii. Cała wyliczanka zaczyna się od hasła ‚Almodóvar’ – instytucji kina hiszpańskiego oraz – szerzej – hiszpańskojęzycznego. Jak wielu przed nim, urodzony na kastylijskiej prowincji reżyser w wieku emerytalnym robi się nieco sentymentalny i zaczyna kręcić kino coraz bardziej osobiste i autotematyczne. Przy człowieku tworzącym obrazy tak intymne, otrzymujemy być może najbardziej prywatny i osobisty film, jaki kiedykolwiek stworzył.

Pozornie akcja „Bólu i blasku” toczy się dwutorowo. Początkowo z resztą można odnieść wrażenie, że będzie to bardziej skupiona na młodości spowiedź filmowca, w typie kanonicznego „Cinema Paradiso”. Salvatore Mallo (Antonio Banderas) to wypalony reżyser, spędzający całe dnie w czterech ścianach stylowego mieszkania, mający za towarzysza głównie nieustający ból. Pokaz zrekonstruowanej wersji jego starego filmu stanie się okazją do powrotu w przeszłość, by to co było i to, co jest, mogło wreszcie ponownie spleść się w całość.

Sony Pictures Releasing International

Gdy wielu reżyserów tworzących w ostatnich dekadach wielkie kino rozmienia się na drobne i zjada własny ogon, Almodovar tworzy w wieku siedemdziesięciu lat dzieło przez duże „d”. Tradycyjna emocjonalność postaci zostaje wspaniale wzbogacona wyczuwalnymi wątkami autobiograficznymi i buduje bardzo ciekawe postaci, które korespondują przede wszystkim ze swoimi odpowiednikami z przeszłości. Bardzo ciekawą w swej wielowymiarowości i świadomości słabości postać buduje Antonio Banderas, królujący na ekranie jak być może nigdy wcześniej. Pomimo pozornej apatyczności nadaje Salvatore przebijającą się w każdym spojrzeniu melancholię, jakby ostatnimi siłami bronił się przed oddaniem pozostałych mu lat życia wszechogarniającemu żalowi.

Przypominający czasem szczerą rozmowę ze starym przyjacielem, „Ból i blask” jest opowieścią o roli przypadku w życiu oraz radzeniu sobie z konsekwencjami niezależnych od nas wydarzeń. A zarazem postawionym przed widzem pytaniem, co pozostaje po artyście. I nie jest to pytanie zadane przez bezosobowego narratora, a samego twórcę. Decydując się na całkowitą otwartość, stawia nam zarazem emocjonalne warunki i oczekuje szczerości od widza. Pokazuje mu krew, pot i łzy, które sam złożył na ołtarzu dziesiątej muzy, w zamian oczekując przyjęcia swoich ostatnich słów. Bo choć „Ból i blask” – mam nadzieję – nie jest ostatnim filmem Almodovara, to wygląda jak pożegnanie. Jest jak zamknięcie etapu i zakończenie podróży, która nawet jeśli będzie kontynuowana, osiągnęła już najważniejszy cel.

Sony Pictures Releasing International

Almodovar mierzy się z pytaniem, kim jesteśmy na końcu podróży. Sumą osiągnięć, bólu, przeżyć i uczuć. Sumą przeczytanych książek, widzianych obrazów i obejrzanych filmów. Zużytymi ciałami, przepełnionymi cierpieniem, lękiem i żalem za popełnione błędy. Główny motyw dzieł reżysera, cierpienie będące siłą napędową ludzkich działań, jawi się tu jako siła na wskroś wypalająca wnętrze i drenująca człowieka ze wszelkich uczuć. Dającą możliwość tworzenia wielkości, pozostawiającą pustkę. Jedna z ostatnich scen filmu to zderzenie z wielkim pytaniem – czy przeżywanie bólu dającego nieprzemijającą chwałę było warte porzucenia innych możliwych dróg.

To jeden z tych filmów, w których umykają nam technikalia. Nie skupiamy się na muzyce, wrażenia nie robią zdjęcia. Doceniam za to umiejętnie wkomponowany humor i gorzką ironię. Przede wszystkim Almodovarowi udało się nakręcić wybitnie osobisty film bez krzty patosu i umęczenia. Choć to historia dramatyczna, ani przez chwilę nie wpada w cmentarne tony. Spowiedź hiszpańskiego mistrza dołącza do pierwszego rzędu jego najciekawszych dzieł i każe sobie życzyć, byśmy zdanie „film Pablo Almodovara” jeszcze wiele lat mogli oglądać na premierowych seansach.

Ocena: 4.5/6

One Comment on “Testament artysty – recenzja filmu „Ból i blask””

  1. Uwielbiam to intro Gutek Film. Neonowe nazwiska twórców pulsujące w rytm muzyki to z reguły zapowiedź co najmniej dobrego kina. Nie inaczej było w przypadku najnowszego Almodovara.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.