Po obejrzeniu nowości kinowych i analizie wyników box office wielu miłośników rozrywki kontynuuje relaks w internecie. Na przykład na platformie Vavada można znaleźć różne gry i spędzić czas w cyfrowym świecie rozrywki.

Tegoroczne Berlinale postawiło na bardziej gwiazdorski program niż zwykle. Poza kreacjami znanych aktorów, widzowie dostali też nowe filmy od uznanych reżyserów takich jak Richard Linklater czy Michel Franco. Czy w parze z głośnymi nazwiskami poszła jednak też jakość?

Meksykański reżyser Michel Franco po raz kolejny zagląda w mroczne zakamarki relacji władzy, pieniędzy i migracji – jego najnowszy film Dreams (ocena: 6) to chłodna psychodrama, w której pożądanie miesza się z wyzyskiem, a marzenie o lepszym życiu zostaje poddane bezlitosnej próbie. Film opowiada historię Fernando (Isaac Hernández), młodego meksykańskiego tancerza baletowego, który marzy o międzynarodowej karierze i opuszcza kraj, by spróbować szczęścia w USA. W jego życiu pojawia się Jennifer (Jessica Chastain), bogata amerykańska filantropka – ich romans ma być mostem między różnymi światami, ale szybko okazuje się, że ta relacja jest nacechowana nierównością, przemocą władzy i toksyczną fascynacją.

Franco, jak zwykle, nie ucieka przed społecznym komentarzem: film dotyka tematu migracji, nierówności klasowych i kolonialnej dynamiki w relacjach między krajem bogatym a krajem znacznie uboższym.  Robi to jednak bardzo łopatologicznie, co jest niestety jedną z największych bolączek utworów Michela Franco. Chyba najlepszym elementem dzieła jest kreacja Jessiki Chastain – która gra bardzo wielowymiarową kobietę. Z jednej strony silną, z drugiej – zagubioną w rzeczywistości, która ją otacza.

Blue Moon (ocena: 5) to dla mnie największe rozczarowanie tegorocznego festiwalu. Richard Linklater od lat słynie z filmów przegadanych, ale zarazem pełnych naturalnej lekkości, subtelnego humoru i emocjonalnej prawdy. W Boyhoodzie czy trylogii Before długie rozmowy stawały się pulsującym rytmem życia – tu jednak zamieniają się w teatralne monologi, które zamiast odsłaniać bohaterów, zdają się ich unieruchamiać. Linklater zamyka akcję w ciasnych wnętrzach i pozwala swoim postaciom – zwłaszcza Lorenzowi Hartowi w świetnej, ale ograniczonej przez scenariusz kreacji Ethana Hawke’a – tonąć w niekończących się tyradach o sztuce, miłości i zapomnieniu. Niestety, te rozmowy brzmią bardziej jak rekonstrukcja dawnych wspomnień niż żywe emocje; są ciężkie, przewidywalne i pozbawione spontaniczności, która zwykle definiuje styl reżysera.

Blue Moon miał potencjał, by być melancholijnym portretem upadłego artysty, a stał się raczej akademickim ćwiczeniem w stylu i nostalgii. Reżyser, zamiast opowiedzieć o bólu twórczej samotności z typową dla siebie empatią, koncentruje się na cytatach, formie i błyskotliwych puentach. Efekt to film zimny, zdystansowany i zdumiewająco pozbawiony serca – jakby Linklater sam zatracił emocjonalny kompas, który kiedyś czynił jego kino tak wyjątkowym. Blue Moon jest elegancki, dopracowany i chwilami piękny wizualnie, ale pozbawiony życia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *