Choć faworytem do zwycięstwa w tym roku był nowy film Joachima Triera, Sentimental Value, główna nagroda powędrowała do Irańczyka Jafara Panahiego, który tym samym, skompletował zwycięstwa na trzech najważniejszych europejskich festiwalach. To był zwykły przypadek to bardzo udany film. Jak zwykle u Panahiego, jest to bardzo polityczne dzieło, ale dostarcza też dużo rozrywki, a formalnie wydaje się najciekawszy z całego dorobku irańskiego mistrza.
Punktem wyjścia jest pozornie zwyczajna sytuacja. Mężczyzna jedzie nocą z żoną i dzieckiem przez odludne tereny. Potrąca psa, a jego auto nagle przestaje działać. Trafia do warsztatu otwartego późną porą, wśród obcych ludzi i nieprzyjemnej niepewności – atmosfera jak z thrillera. Jednak Panahi, zgodnie ze swoim stylem, szybko przełamuje schemat. Mechanik, do którego trafia Eqbal, rozpoznaje w nim bowiem… człowieka, który kiedyś był jego prześladowcą. W więzieniu. W innym życiu. W osobistym piekle. Nazywa go „Kuternogą”. Mężczyzną z protezą. Byłym oprawcą, kimś, kto odebrał innym ich historię.
Zaczyna się seans podejrzeń. Vahid, z zawodu mechanik, nie chce działać w pojedynkę, więc gromadzi coś w rodzaju „ławy przysięgłych” – grupę dawnych współwięźniów, z którymi łączy go wspólne cierpienie. Każdy z nich ma spojrzeć na Eqbala i zdecydować: to ten człowiek czy nie? Nie ma tu pokazowej przemocy, sądu ani błysku aparatów – są tylko ludzie, których własna przeszłość wciąż drąży i nie daje im spokoju. Są tylko spojrzenia i pamięć.

To był zwykły przypadek (ocena: 7) to kolejny dowód na to, że Jafar Panahi potrafi z pozornie prostej historii wydobyć wielopiętrową refleksję o świecie, systemie i ludzkiej kondycji. Film, choć zbudowany na minimalistycznym pomyśle, uderza emocjonalnie i intelektualnie — tak, jak najlepsze dzieła reżysera. Szczególnie, że stosuje w tym dziele szereg interesujących rozwiązań wizualnych, które służą za metafory, symbole. Panahi tworzył zwykle dzieła, które przypominały dokumenty realizowane na uchodźctwie. Tym razem jego film jest już pełnoprawnym dziełem fabularnym. Choć oczywiście pozostaje wierny swojemu stylowi, czyli dominuje minimalizm, a kamera służy za obserwatora, nie ocenia i nie komentuje wydarzeń.
Film dotyka kwestii społecznych charakterystycznych dla irańskiej kinematografii takich jak presja społecznej, rola przypadkowości w życiu człowieka, granic moralności i reżimu. Ale mimo lokalnego kontekstu, historia rezonuje uniwersalnie. Każdy widz może odnaleźć w niej echo własnych dylematów i doświadczeń, co sprawia, że dzieło Irańczyka jest tak udane.
Wydaje się, że w tym roku było kilka innych filmów, które bardziej zasługiwały na Złotą Palmę (np. Wspomniane Sentimental Value czy też Sound of Falling), ale ciężko mieć pretensje o ten wynik. Nagrodzony film, mimo że może nie był najbardziej przełomowy czy formalnie odważny w stawce, posiadał własną, niepodrabialną siłę oddziaływania: konsekwentną wizję, wyrazistą tematykę oraz emocjonalną prawdę, które mogły przemówić do jurorów równie mocno, jak bardziej spektakularne osiągnięcia konkurencji. W rezultacie decyzja wydaje się w pełni zrozumiała – nagrodzenie twórcy Taxi to wybór do którego można mieć zastrzeżenia, ale trudno uznać go za niesprawiedliwy. I pewnie też dlatego wygrał, bo okazał się kompromisem dla Jury pod wodzą Juliette Binoche.

