Zawsze boję się oglądać filmy, na które zdążyłem tak bardzo się nakręcić. Hype na „Jokera” ruszył co najmniej wtedy, gdy ogłoszono że główna rola przypadnie Joaquinowi Phoenixowi. A oczekiwania sięgnęły zenitu, gdy produkcja ze stajni DC sensacyjnie otrzymała Złotego Lwa na festiwalu w Wenecji. Za kamerą stanął jednak znany głównie ze sprawnie kręconych i średnio ambitnych komedii Todd Phillips, a adaptacje DC słyną z dostarczania wrażeń odwrotnych do oczekiwań. Pierwsza solowa fabuła o najbardziej ikonicznym przeciwniku Batmana zapowiadała się zatem jako potencjalna perełka, naszpikowana zarazem niełatwymi do ominięcia pułapkami.

O ile w przypadku postaci pozytywnych zdążyliśmy się już znudzić kolejnymi origin story, w kontekście czarnych charakterów przedstawienie ich historii i motywacji bywało zwykle pretekstowe i mocno płytkie. Poza niedawnymi przecież „Venomem” i „Legionem samobójców”, Źli nie zasługiwali nawet na pełne fabuły, a we wspomnianych filmach silnie ich temperowano i łagodzono, czyniąc z negatywnych postaci zszarzałych protagonistów. To wielki krok, który czyni „Joker” – po raz pierwszy w produkcji tej skali o komiksowym rodowodzie, postać negatywną umiejscowiono nie tylko w centrum, ale zamiast utemperować jej cechy – podkreślono to, co czyni ją prawdziwie negatywną.

Warner Bros Pictures

Filmowy Joker nie otrzymuje kontrapunktu w postaci bohatera pozytywnego. Gotham z filmu Phillipsa pozbawione jest nie tylko obrońcy, ale i jakiegokolwiek etycznego i moralnego drogowskazu. Przeciwnie – to mający się przemienić w mrocznego klauna Arthur Fleck początkowo zostaje ukazany jako jedyna postać pozytywna w ociekającym niesprawiedliwością mieście – ubogi i gnębiony, a jednak naiwnie optymistyczny i opiekuńczy. Przypomina to nieco drogę Harveya Denta w „Mrocznym Rycerzu” Nolana, gdzie prawdziwym upadkiem świata jest moment, gdy na stronę zła przechodzą najlepsi z nas.

Faktycznym czarnym charakterem jest w „Jokerze” nieprzyjazny świat, uosabiany przez cynicznie wykorzystujących prostolinijność Arthura kolegów z pracy, pospolitych łobuzów krążących po ulicach Gotham i finansowe elity, traktujące doły drabiny społecznej z protekcjonalną pogardą. Kluczowe są jednak kreacje trzech postaci, uwalniających drzemiące w protagoniście zło. Zasiewająca ziarno matka, pozornie jedyna osoba okazująca mu pozytywne uczucia. Bezwzględny Thomas Wayne (jego kreacja czerpie sporo ze znanej z Flashpoint wersji historii Batmana) wyzwala skrywany wewnątrz gniew. A ostatecznie króla chaosu koronuje prowadzący talk show Murray Franklin (Robert De Niro), bez mrugnięcia okiem stawiający się w roli showbiznesowej maszynki – wykorzystującej, wyciskającej i wypluwającej cokolwiek znajdzie na swojej drodze.

Warner Bros Pictures

„Joker” ma ambicje stać się przestrogą, ukazującą do czego może posunąć się społeczeństwo, które z każdej strony – ekonomicznie, psychologicznie i retorycznie – zostaje przyciśnięte do muru. I w jakim kierunku jest gotowe podążać, gdy opresja stanie się zbyt silna. Zarazem pokazuje historię szaleńca-ofiary, wystarczająco długo wypychanego na margines, by nie tylko się z nim pogodzić, ale gotowego zanurzyć się w nim i czerpać zeń siłę.

To wszystko opiera się na fenomenalnej kreacji Joaquina Phoenixa, który dołącza do panteonu wspaniałych odtwórców tej postaci. Jego Joker koresponduje najbardziej z tych w wykonaniu Heatha Ledgera, zaskakując przy tym niewinnością i swoistą szczerością. Jeśli w „Mrocznym rycerzu” obserwujemy pociągający oksymoron, króla anarchii, w „Jokerze” otrzymujemy podążający we wszystkich kierunkach jednocześnie niezdefiniowany chaos – postać dopiero wypełniającą garnitur, pozostawiony jej przez poprzedników. Niestety zarazem to historia uratowana właśnie przez tę kreację – Gotham Phillipsa sprawia wrażenie mocno odtwórczego, a większość postaci drugoplanowych stanowi jedynie trudne do zapamiętania tło. Klimatyczna muzyka bywa dopełniana pomysłowymi ujęciami, te jednak nie tworzą spójnej kompozycji. Na domiar złego scenariusz powiela błędy typowe dla DCEU i nieodpowiednio dawkuje napięcie, przez co akcja absolutnie nie trzyma tempa, a trzeci akt wydaje się zarazem niesatysfakcjonująco krótki i jednocześnie niepotrzebnie rozwleczony.

Film Todda Phillipsa w dużej mierze sprostał rozbudzonym oczekiwaniom, co przy wcześniejszych doświadczeniach z DCEU jest dla mnie sporą niespodzianką. Warto jednak zauważyć, jak wiele do „Jokera” wnosi Joaquin Phoenix i jak wiele jakości ubyłoby, gdyby w tej roli obsadzono kogoś o mniejszym arsenale umiejętności aktorskich. Pomimo wielu niedoskonałości u źródła, sama struktura postaci pozwala na wybaczenie wielu błędów i docenienie, że „Joker” to bardzo aktualna opowieść o tym, że coraz bardziej chcemy kibicować antybohaterom, odczuwając coraz mniejszą potrzebę przedstawiania ich w pozytywnym świetle. Gdy inni Źli potrzebowali dobrych motywacji i ujmujących osobowości, Jokerowi wystarczy uzasadniony gniew. Zasadny w naszych oczach i być może coraz bardziej usprawiedliwiony – jak w oczach obywateli Gotham, często widzących w Wayne’ach większych złoczyńców, niż w którymkolwiek z przeciwników Batmana.

Ocena: 4.5/6

2 Comments on “Anatomia chaosu – recenzja filmu „Joker””

  1. Recenzja fana komiksowych adaptacji. Jezeli mam nawiazac do tej konwencji to tylko stwierdzenie, ze ta produkcja jest po prostu filmem, a w drugiej kolejnosci adaptacja komiksu. To obraz spoleczenstwa wielkiego kryzysu, z chora psychicznie postacia, ktora pod wplywem okolicznosci, przypadkowo zabija pierwsza ofiare (moze nawet dwie). Przemienia sie wowczas, mozna jeszcze uwazac, ze dziala logicznie, chce zabic swiadka (i trzeciego napastnika), ale odkrywa w tym przyjemnosc. Przyjemnosc ostatecznie obnazona po ucieczce ze stacji metra, ukrycie w toalecie publicznej, i artystyczny taniec. Tu sie zrodzil Joker, albo odkryl swa tozsamosc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.