To nie będzie kolejna historia o seryjnym mordercy – oto komunikat, który uderza nas od pierwszych sekund filmu. Z resztą kto po Larsie von Trierze spodziewa się czegoś prostego i oczywistego, ten zdecydowanie powinien nieco nadrobić twórczość Duńczyka. Jak to z kinem autorskim bywa, wrażenia z pewnością mogą być różnorodne. Z pewnością „Dom, który zbudował Jack” jest przygodą, którą każdy z widzów przeżyje po swojemu. Przy czym ostatnim uczuciem, z jakim możemy traktować tę produkcję, powinna być obojętność.

Narracyjnie „Dom…” przypomina mocno „Nimfomankę”, poprzedni film von Triera, od premiery którego minęło już ponad pięć lat. Ponownie główny bohater streszcza swoją nietypową biografię w formie zwierzeń wobec przypadkowego obcego. Od momentu, gdy Jack (Matt Dillon) staje się mordercą, aż po kres jego „działalności”, całą historię poznajemy tylko i wyłącznie z jego perspektywy. Adwokatem widza jest Werg (Bruno Ganz), który początkowo sceptycznie podchodzi do opowieści kolejnego mordercy, by z czasem odkrywać unikalną naturę Jacka i zadawać pojawiające się w naszych głowach pytania.

IFC Films

Ewolucję Jacka poznajemy za pomocą pięciu incydentów. Choć – jak twierdzi – wybrał te wydarzenia przypadkowo, zabójstwa te zdają się wyznaczać kolejne etapy jego rozwoju i definiować go jako człowieka. Kto kiedykolwiek oglądał dzieła duńskiego reżysera, tego nie zaskoczą obrazy miażdżonych czaszek, odcinanych elementów ciała i naturalistyczne obrazy brutalnej przemocy. Wszystko to jednak przyjmujemy dość łatwo, z dobrodziejstwem konwencji. Oglądamy przecież studium wzorcowego psychopaty, nie dość że nie panującego nad swoimi potrzebami, to jeszcze wykreowanego na osobę dość sympatyczną.

Wszystko w tym świecie zbudowane jest wokół Jacka. Rzeczywistość mu sprzyja, okoliczności nie przeszkadzają w realizacji pragnień. Tworząc swe arcydzieła nie szuka akceptacji czy zrozumienia, a ujścia dla własnej wizji i twórczego spełnienia. Czyżby osobisty przekaz reżysera? Sporo w tym nowatorskiego i świeżego podejścia, dodatkowo napędzanego przez nieopatrzonego Matta Dillona, kapitalnie odgrywającego główną postać. Reszta jest złożoną z gorzej i lepiej dobranych elementów sztuką. To, czy poczujemy się adresatem tej sztuki, w dużej mierze wpłynie na jej ocenę i interpretację.

IFC Films

Niewiele jest tu spójności. Spójne sekwencje przeplatane są przydługimi rozważaniami na temat natury i złożoności ludzkiej osobowości. „Dom…” jest kolejnym artystycznym manifestem von Triera, który nie przejmując się nadmiernie filmowymi standardami dostarcza obraz, który na pewnym poziomie każdego ma wprawić w dyskomfort. A gdy już pozbawi nas wszelkich złudzeń i niewinności, wykona woltę w stronę nowoczesnej interpretacji „Piekła” Dantego. Czy jest tu wielka idea przewodnia? Owszem. Czy to wszystko już było? Jak najbardziej. Von Trier odnosi się do każdego z wcześniejszych dzieł, tworzy przeszło 2,5-godzinny obraz, w którym najpierw stawia sobie niesamowicie wysoko poprzeczkę, po czym śmieje się z widza, który mógł pomyśleć że ją pokona.

„Dom, który zbudował Jack” nie jest najlepszym filmem Larsa von Triera. To silnie autotematyczna historia, stająca gdzieś w rozkroku między wysoką i niską kulturą. Między chęcią stworzenia dobrego dzieła filmowego, a pokusą sformułowania filozoficznego manifestu. Z całego arsenału odniesień do sztuki, starych sztuczek i zmian kierunków, rodzi się pewna wartość – długi film w ogóle nie nuży, nawet jeśli niewiele stanowi tu novum. Jack zabiera widza w intrygującą podróż przez czarną jak smoła komedię, wesoło drepcząc po pogruchotanych czaszkach.

Ocena: 3.5/6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.