Zadanie nie było łatwe, bo „Mary Poppins” to absolutny klasyk. Aktorski popis Julie Andrews, niesamowite – oczywiście jak na owe czasy – efekty specjalne oraz wszystko to, co kojarzymy z Disneyem na najwyższym poziomie. Ponadczasowe piosenki, piękna scenografia i jakaś nieuchwytna magia prozy Pameli L. Travers. Podejmowanie się sequela takiego dokonania po tylu latach obarczone było sporym ryzykiem porażki, tak finansowej, jak i artystycznej.

Decyzją producentów było przede wszystkim to, na ile historię o sarkastycznej niani uwspółcześnić. Tu mamy do czynienia z absolutnym minimum – delikatnie zwiększono znaczenie dorosłej Jane Banks (Emily Mortimer) względem jej matki w poprzednim filmie. Czuć również zanik dużo silniej zaznaczonej przed pięcioma dekadami bariery między rodzicami i dziećmi. Ponadto sama Mary jest nieco bardziej „lubialna” – częściej uraczy nas szczerym uśmiechem i parę razy da mocniej się porwać zabawie. Poza tym „Mary Poppins powraca” nawiązuje głównie do poprzednika – w scenach wplecionych w animację, osadzając niegdysiejsze dzieci w rolach ich surowych rodziców oraz eksploatując nostalgię poprzez odniesienia do oryginału.

Można narzekać, że nie przynosi nic nowego. Z drugiej strony na polu wyznaczonym przez film z 1964 roku wnosi sporo ciekawej treści, nawet jeżeli nie zaskakującej, to z pewnością nie zawodzącej. Magiczny świat dźwiga na swoich barkach Emily Blunt i muszę przyznać, że pomimo moich obaw aktorka udźwignęła potężny ładunek oczekiwań. Bezbłędnego nawiązuje do kreacji Julie Andrews, jednocześnie unikając kopiowania i nadając postaci nieco swojego charakteru.

Disney

Brytyjce partneruje Lin-Manuel Miranda, dla którego to filmowy debiut w dużej roli. Laureat Tony, Grammy i Emmy (a przy okazji Pulitzera) na ostatnią nagrodę z „wielkiej czwórki” jeszcze poczeka, choć z pewnością dostanie po tym występie kolejne szanse. Kapitalnie wypadają również partie wokalne. To co najmniej dziwne, że talent Emily spożytkowano wcześniej jedynie w „Tajemnicach lasu”. Gdy tylko pojawia się na ekranie, wszystko dookoła musi ustąpić jej miejsca. Całe szczęście, że inni dostają kilka minut, by zaistnieć.

Film Roba Marshalla to umiejętny hołd nie tylko dla „Mary Poppins”, ale i dla kina okresu wielkich widowisk. Ciężko wchodzić w buty gigantów i się w nich nie utopić. Cóż jednak można dołożyć prostej i ciepłej baśni, by nie zepsuć jej kluczowych wartości. To po prostu film dla wszystkich (tak długo, jak lubicie musicale) i wskrzeszenie dawno niewidzianych czarów, by z rodziców na powrót zmienić w dzieci, a dzieciom pozwolić bawić się z rodzicami. Jeśli istnieje wzór kina familijnego z Sèvres, „Mary Poppins powraca” zbliża się do niego bliżej, niż jakikolwiek inny film w ostatnich latach.

Że wiele tu archaizmów i prostoty? To fakt. Że nie wnosi do kina niczego nowego i powiela poprzednika? Nie sposób się nie zgodzić. Tym jednak, którzy zakochali się w Mary Poppins żadna z tych rzeczy nie będzie przeszkadzała. Dzieci mogłyby przypominać małych geniuszy rodem z innych produkcji ostatnich lat. Mary Poppins mogłaby dać się uwspółcześnić, podchodzić do podopiecznych z bardziej widoczną empatią. To jednak historia zwykłych problemów zwykłej rodziny, w której życie wkracza absolutnie niezwykła niania. I chyba dobrze, że właśnie tym pozostała.

Disney

Nie będę zanadto rozwodził się nad stroną wizualną, gdyż oczywiście była czarująca i zniewalająca. Piosenki nie dorównują wprawdzie tym z oryginału, kilka jednak warto włączyć do swoich playlist. Natomiast mam za złe dystrybutorowi, że firmuje produkcję nazwiskami Colina Firtha i Meryl Street. Pierwszy pojawia się w roli drugoplanowej i chyba jako jedyny zawodzi, coraz bardziej dając oznaki znudzenia powtarzania tej samej roli od dwóch dekad. Streep natomiast wpada gościnnie na jedną piosenkę i podsumowanie jej występu można zawrzeć w słowach „no był”.

„Mary Poppins powraca” zdecydowanie sprostała oczekiwaniom, a mój sceptycyzm był całkowicie nieuzasadniony. Ta historia to fabularna bajka i jeśli nie damy się porwać jej magii, wizyta w kinie może być nużąca i mało satysfakcjonująca. Jeśli jednak zaczniemy kołysać się w rytm piosenek i pójdziemy za mrugającą do nas okiem Mary Poppins, przeszło dwie godziny mogą być wspaniałą przygodą w miejscu, które stało się znane jako disnejowska baśń. Ja dałem się wciągnąć od pierwszej minuty i Wam życzę tego samego.

Ocena: 4.5/6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.