Kino noir od dawna jawi się jako estetyczny archaizm, służący co najwyżej wymyślnym odniesieniom lub mniej lub bardziej udanym mutacjom w neo-noir, w rodzaju burtonowskich Batmanów i eklektycznej wizji obu filmów „Sin City”. Edward Norton w silnie autorskim „Osieroconym Brooklynie” posłużył się noir w jego najbardziej kanonicznej formie, dodatkowo osadzając go w tradycyjnej przestrzeni powojennego Nowego Jorku. Czy skonstruowany na tej bazie film jest jedynie hołdem dla starego kina i jego wielkich artystów, czy też mogła powstać z tego produkcja dla widza w 2019 roku?

Lionel Essrog (Edward Norton) to mężczyzna cierpiący na nienazwane, choć przypominające zespół Tourette’a schorzenie. Wraz z grupą innych wychowanków sierocińca pracuje dla prywatnego detektywa Franka Minny (Bruce Willis). Gdy jednak pewne tajemnicze zadanie przerasta nawet sprytnego Minnę, Lionel podejmie próbę pójścia po jego śladach, które zawiodą go na trop wielkiego układu polityczno-biznesowego, powiązanego z najpotężniejszymi ludźmi w mieście. Zgodnie z prawidłami gatunku przeciwnik ujawnia się dopiero z czasem, w życiu bohatera pojawia się piękna kobieta o niejednoznacznej roli w sprawie, a niepozbawiony wad detektyw będzie musiał stanąć przed niejednoznacznymi moralnie wyborami.

Warner Bros.

Wspaniale obserwuje się Nowy Jork oczami Nortona. Miastu z lat 50-tych nie sposób odmówić romantycznej aury, wzmocnionej świetnie dobraną scenografią i stylowymi kostiumami. Zarazem sama fabuła przesuwa nas na mniej przyjemne tory – w stronę zapomnianej nieco już dziś ciemnej strony Gotham. Niegdyś Nowy Jork uchodził za jedno z najniebezpieczniejszych i najbrudniejszych miast rozwiniętego świata. W ciemnych zaułkach można było stracić zawartość portfela i kilka zębów, dziki kapitalizm i szemrani biznesmeni korumpowali słabych polityków, a rosnąca w szalonym tempie metropolia nie mieściła się w swoich XIX-wiecznych ramach urbanizacyjnych.

Ten brud, choć wciąż moim zdaniem niewystarczająco wyeksponowany, to clue całego pomysłu Nortona. „Osierocony Brooklyn”, pomimo tradycyjnej formy i gatunkowej stylistyki, jest opowieścią podejmującą bezpośredni dialog ze współczesnością. Zagadnienia niesprawiedliwości, zakłamania i samotności wybrzmiewają wiarygodnie, gdyż nieźle napisane postaci tylko początkowo wyglądają na płytkie archetypy. I choć nie jest to zasadą, większość z nich zostaje wyciągnięta poza ramy prostego podziału na dobro i zło, wskazując iż ludzie przede wszystkim kierują się – rzecz jasna – własnym interesem. Rzecz w tym, że nie zawsze jest to interes finansowy.

Równie naganne z moralnego punktu widzenia może być tu łamanie reguł i działanie w interesie powiększenia wpływów, własnej ideologii, ale i specyficznie rozumianej moralności, która w odpowiednich warunkach staje się kategorią wysoce subiektywną. Właśnie na tym tle, nieco niezauważenie, wyrasta całkiem ciekawa postać Mosesa Randolpha, która pomimo dziwnie zachowawczej kreacji Aleca Baldwina, jest tu elementem wątku zmuszającego do największej refleksji. Także ze względu na odgrywaną przezeń obecnie rolę w programie „Saturday Night Live”, budującą dodatkowy kontekst akurat takiego wyboru obsadowego.

Warner Bros.

Reżyserskiemu powrotowi Nortona po przeszło dwóch dekadach daleko do ideału. Nieźle sprawdziło się „wyposażenie” głównego bohatera w chorobę. Bardzo słabo wygląda natomiast wątek romantyczny, przewijając się jakby tylko dla uzasadnienia pewnych wyborów protagonisty, pomimo pierwszoplanowej ekspozycji. Zbyt płytko wypada również ciekawsza intryga polityczna, od pewnego momentu znikająca z pola widzenia przy innych pomysłach fabularnych.

„Osierocony Brooklyn” to bardzo klimatyczna propozycja dla fanów gatunku, a także dla tych wszystkich, którzy z okazji zbliżających się świąt wolą słuchać raczej Deana Martina niż Wham! i Mariah Carey.  Czasem jednak tempo akcji nieco zwalnia, a fabuła odbywa niepotrzebne podróże na boki. Z drugiej strony, łatwo zaakceptować to jako część konwencji – niczym poruszający się po omacku detektyw, czasem skręcimy w niewłaściwą ulicę lub nie do końca zrozumiemy wskazówkę. Przy 140 minutach dzieje się tu jednak stosunkowo niewiele, szczególnie jak na zarysowane możliwości. Czy klimat, niezła historia i bardzo wartościowa rola Nortona są warte tej podróży? Cóż, tylko jeśli nie przeszkadzają wam trzaski nieco wysłużonej płyty nagranej na nowo z delikatnie współczesnym sznytem.

Ocena: 4/6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.