Tegoroczna selekcja obfitowała w imponującą liczbę filmów biograficznych – akredytowani mieli okazję zobaczyć portrety takich osób jak Maria Schneider czy Donald Trump. Pokazywane biopiki były mniej lub bardziej udane, ale jedno jest pewne – oferowały różne pomysły na realizację historii prawdziwych osób.

Najgłośniejszym filmem biograficznym tegorocznej edycji był bez wątpienia The Apprentice (ocena: 7) w reżyserii Aliego Abassiego. Film, którego potrzebę istnienia wielu dziennikarzy kwestionowało od miesięcy. Po co nam biopic Donalda Trumpa, w dodatku tuż przed kampanią prezydencką w Stanach Zjednoczonych? Ostatecznie trzeba jednak przyznać, że irański twórca zrealizował całkiem udany film, ukazujący swoiste origin story amerykańskiego biznesmena, a później prezydenta. Abassi skupia swoją uwagę na drodze Trumpa (w roli świetny Sebastian Stan) do sławy w latach 70., gdy jeszcze nie opierzony nowojorczyk toczył batalię sądową z Departamentem Sprawiedliwości i nie mając siły sprawczej, którą posiada dzisiaj, potrzebował mentora, człowieka, który, trochę jak w powieści Frankensteina, go stworzył. Mowa o prawniku Royu Cohnie (wspaniały Jeremy Strong). Trump słucha się go jak ojca i wierzy, że jego pomoc może doprowadzić go na szczyt.

The Apprentice ma kilka atutów, które sprawiają, że ten dość prostolinijnie i powierzchownie opowiedziany biopic jest warty obejrzenia i ma szansę stać się hitem zarówno w box offisie jak i potencjalnie na Oscarach. Przede wszystkim ten film wygląda wspaniale – ziarniste zdjęcia Kaspera Tuxona oddają wygląd i atmosferę Nowego Jorku z lat 70. i 80, podczas gdy kostiumy Laury Montgomery są idealnie wypośrodkowane – przypominają tamte lata, ale nie rzucają się nadmiar w oczy, by nie odciągnąć uwagi od historii. Nie można też nie wspomnieć o rolach, które ten film właściwie noszą na swoich barkach – Sebastian Stan odgrywa Trumpa w dość subtelny sposób, bo choć imituje jego głos i kopiuje niektóre gesty i maniery, to daleki jest od karykatury. Najlepiej zagraną postacią jest jednak Roy Cohn – Jeremy Strong jest niemal tak dobry jak w Sukcesji, powtarzając po części tamtą rolę, przynajmniej na poziomie tonacji głosu, gestykulacji i wyrazu twarzy. The Apprentice byłby kolejnym biopiciem gdyby nie wspaniałe role i vintage’owa forma dzieła Abassiego.

Trochę inaczej do filmu biograficznego podeszła Jessica Palud realizując Marię (ocena: 6) – utwór powiadający o burzliwym życiu znanej z filmu Last Tango in Paris francuskiej aktorki Marii Schneider. Dzieło obrazuje buntownicze lata aktorki jako nastolatki, a następnie wielki przełom jakim dla niej niewątpliwie było dostanie roli we wspomnianym filmie Bernarda Bertolucciego. Palud sporo czasu poświęca też na to co wydarzyło się po kontrowersyjnych zdjęciach do Last Tango in Paris – trauma i narkotykowy nałóg spowodowany zapaścią psychiczną Schneider na planie filmowym. Wielokrotnie manipulowana i wykorzystywania seksualnie zarówno przez Bertolluciego jak i Marlona Brando, Schneider nie udźwignęła tego psychicznie.

Film Palud w przeciwieństwie do tego w reżyserii Abassiego jest bardzo przyziemny pod kątem formalnym – nie ma tutaj fajerwerków audiowizualnych i nawiązań do epoki, również odgrywająca główną postać Anamaria Vartolomei z wyjątkiem innej fryzury jest po prostu sobą. Efekt jest jednak bardzo dobry, a cały film ma wydźwięk mocno feministyczny. Jest przestrogą dla młodych aktorek chcących zrobić karierę w Hollywood – manipulatorzy chcący wykorzystać niedoświadczenie i naiwność początkujących artystów czają się na każdym kroku.

One Comment on “Cannes 2024 (IV): Różne odcienie filmu biograficznego: “The Apprentice” i “Maria””

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.