Idąc ze znajomym na seans „Dotknij nieba” uświadomiłem się, że na takie filmy nie idzie się z kumplem. Od tego są akcyjniaki typu „Mission: Imposible” albo męskie komedie, a nie na film o chrześcijańskiej piosence. Jednak Dotknij Nieba nie jest filmem stricte religijnym. Ba, tytułowy utwór „I can only imagine” jest tylko pretekstem do stworzenia prawdziwego, rzetelnego wątku w filmie. A wątkiem tym jest spór między ojcem tradycjonalistą, a  synem-marzycielem.

Film otwiera scena rozmowy między Bartem (J.Michael Finley) a Amy Grant (Nicole DuPort) o przeszłości głównego bohatera. Historia Barta oraz powstania chrześcijańskiego hitu I can only imagine zaczyna się w młodzieńczych latach piosenkarza. Nastoletni wokalista jest piętnowany przez ojca z każdej strony, głównie za to, że żyje marzeniami i że jest nadto twórczy. Klasyczny, już nawet stereotypowy przykład amerykańskiego ojca, który tępi syna za nieudolność w spełnianiu swoich marzeń. Jednak Arthurowi, ojcowi Barta (Dennis Quaid), udaję się pokazać przepotężną gorycz, a sam konflikt na linii ojciec-syn trzyma uwagę przez cały film. Mentalna wojna między Bartem a Arthurem jest nie dość, że nieprzewidywalna, to jeszcze świetnie odegrana. Zaryzykowałbym stwierdzeniem, że bez tego wątku naszą uwagę bardziej przykułyby fotele w kinie, a drzemka stałaby się najsłuszniejszym wyborem.

Konflikt Arthura oraz Barta jest podstawą całego filmu i wraz z muzyką tworzy świetny dramat. Co do muzyki, to bez niej seans straciłby bardzo dużo na emocjonalności. Bez tak dopasowanego podkładu niektóre sceny byłyby też po prostu nieznośne, bo tutaj muzyka kreuje film, a nie na odwrót.  Wchodząc na salę nie wiedziałem praktycznie nic o historii MercyMe oraz Bartcie Millardzie, jednak fabuła zaczęła się rozwijać tak, że chwila po chwili dowiadywałem się coraz więcej. I to można wziąć jako jedną z większych zalet tego filmu, gdyż skrupulatnie przedstawia on całą historię życia Barta, przeciętnego chłopaka z niemałym talentem wokalnym.  Od początku do końca filmu, doświadczenia życiowe Barta, jego konflikt z ojcem, problem z wiecznie zakochaną w nim dziewczyną, kłody rzucane pod nogi w muzycznym showbiznesie – to wszystko ze sobą gra i płynnie przeplata się. Niestety, nie wszystko jest przedstawione z odpowiednią dozą emocji. Gra aktorska, poza wątkami dotyczącymi relacji na linii ojciec-syn, leży i kwiczy. Związek Barta z Shannon (Madeline Carroll) jest wepchnięty na siłę, a pojawienie postaci Madeline nic nie wprowadza do fabuły.  Jednak można to przeżyć, gdyż jak już wspominałem, muzyka nastraja sceny tak, że łezka może polecieć przy drewnianej scenie tulenia się Barta z Shannon.

Oczywiście jest to film w przedstawiający wartości chrześcijańskie, jednak wiara w Jezusa, mimo opierania się na niej przez cały film, nie atakuje nachalnie widza. Odpowiednie wyważenie sprawia, że nawet osoby niewierzące są w stanie obejrzeć cały film bez poczucia nachalnej indoktrynacji. Choć nie jest on idealny, to jest godny polecenia, chociażby ze względu na muzykę i tak bardzo życiową problematykę dotyczącą relacji ojca z synem. Zakończenie filmu nastawia pozytywnie i poza kilkoma niespójnościami jest filmem wartym obejrzenia.

OCENA – 4/6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.