Czy wszystko, czego dotknie Disney, zamienia się w złoto? Czasem mogłoby się tak wydawać. Kojarzony z Myszką Miki koncern posiada w swoich rękach całkiem pokaźną część światowego dziedzictwa popkulturowego (jak wielką pokazuje zwiastun „Ralph Demolka w internecie”) i nie waha się tego wykorzystywać. „Dziadek do orzechów” to trzeci tegoroczny film fabularny bezpośrednio od Walt Disney Pictures, po słabo przyjętej „Pułapce czasu” i tańszym oraz lepiej radzącym sobie poza USA „Krzysiu, gdzie jesteś?”. Oczekiwania nie były zanadto rozbudzone, bo fabuły niewchodzące w skład większej serii lub franczyzy to od jakiegoś czasu pięta achillesowa studia.

Przedstawiona w filmie historia w sporym stopniu różni się od tej z baletu Piotra Czajkowskiego. Trójka dzieci pana Stahlbauma otrzymuje świąteczne prezenty, przygotowane przez nieżyjącą matkę. Podczas gdy podarki dwójki z nich są zwykłe, Klara (Mackenzie Foy) otrzymuje tajemnicze, zamykane na klucz jajo. Wbrew pozorom przedmiot ten wcale nie będzie pretekstem do większej zagadki, dostarczając jedynie najbardziej sztampowych i typowo disnejowskich elementów. Prawdziwa opowieść zacznie się dopiero wtedy, gdy Drosselmeyer (Morgan Freeman) doprowadzi Klarę do tajemniczego świata Czterech Królestw.

Allo Cine

Odnoszę wrażenie, że „Dziadek do orzechów” to film z grzechem pierworodnym. Jest nim brak jasnego określenia docelowego widza. Z jednej strony mamy do czynienia z bajką, tak w warstwie fabularnej, jak i wizualnej. Z drugiej zaś kreacja niektórych postaci oraz pewne sekwencje, które są chyba w zamiarze puszczaniem oka do dorosłego widza, wypadają nieco dziwacznie i zadziwiająco nieskładnie. Dodatkowo brakuje w tym wszystkim spójnej opowieści – kompletnie niewykorzystane są postaci Drosselmeyera i pana Stahlbauma, fabuła jest jedynie pretekstowa, a większość wariacji na temat oryginalnej historii wygląda na naciągane. Niemal ze scenariuszem w ręce trzeba szukać udziału dwóch z trzech regentów bajkowych królestw, podczas gdy bardzo mocno rozbudowano rolę Cukrowej Wróżki (Keira Knightley). Nawiasem mówiąc jej specyficzny głos w zwiastunie to dopiero przedsmak – Brytyjka zalicza tu bardzo specyficzny występ, momentami brzmiąc bardziej jak aktorka z filmów, o które pyta kolega. Serio.

Historia jest po disnejowsku grzeczna do bólu, tak w zakresie (topornego) przemycenia wątków równościowych, jak i zastosowania wybitnie przewidywalnych plot twistów. Ciekawe, choć nie wybitnie imponujące stroje oraz wspomagana nieco zbyt dużą ilością CGI scenografia, nie ukryją że „Dziadek do orzechów” zamiast opowiadać ciekawą historię na nowo, próbuje stać w rozkroku między poszanowaniem klasyka i stworzeniem czegoś oryginalnego. Ostatecznie nie osiągając żadnego z tych celów. Najlepiej w konwencji czują się ci, których jest niewiele (Freeman) lub pojawiający się zbyt późno, by cokolwiek zmienić (najciekawsza Helen Mirren). Ciężko cokolwiek sądzić o Mackenzie Foy, która nie ma okazji, by wyjść nieco mocniej z przesłodzonego gorsetu konwencji. Szkoda, bo pokazywała już wcześniej przebłyski solidnego talentu.

Five Star Cinemas

Idealnym podsumowaniem „Dziadka do orzechów” jest chyba to, że najlepszym elementem filmu jest muzyka. Tu jednak James Newton Howard miał ułatwione zadania, bo jego utwory uzupełniały jedynie ponadczasowe kompozycje Czajkowskiego. Najciekawszą sceną jest zaś sekwencja baletowa. Znów – hołdująca choreografii Lwa Iwanowa, uświadamiająca zarazem, jak niewiele wartościowej treści do znanego utworu dodaje film Lasse Hallstroema i Joe Johnstona. Prywatnie muszę przyznać, że najzwyczajniej w świecie zawiodłem się na tej produkcji. Dziwne również, że w tak oczywisty sposób słaba historia otrzymała aż 130 mln dolarów budżetu. Być może w Burbank polecą jakieś głowy. Od filmów fabularnych Disneya nie oczekujemy rewolucji, choć można było pokusić się o większe ryzyko, na poziomie podejścia Tima Burtona w „Alicji w Krainie Czarów”. Pierwszym ostrzeżeniem było zaangażowanie scenarzystki właściwie bez dorobku, a produktem końcowym jest film, o którym pamięć ulatnia się chwilę po zakończeniu seansu. Może to przemyślana strategia, by już za miesiąc jaśniejszym światłem zabłysnęła powracająca po kilku dekadach Mary Poppins?

Ocena: 2/6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.