Zbierałem się bardzo długo długo do napisania recenzji „Dziewczyny w sieci pająka”głównie przez to, że miałem pustkę w głowie.  Dopiero  po kilku dniach uświadomiłem sobie, że ten film jest kiepską i nijaką adaptacją. Tak nijaką, że zebranie myśli i uformowania ich w kompletną analizę nie należało do łatwych zadań.

Lisbeth Salander (Claire Foy) to nad wyraz utalentowana hakerka, która, będąc dzieckiem, uciekła z domu. Powodem był chory psychicznie ojciec, znęcający się nad nią oraz nad jej siostrą. Oczywiście przełożyło się to na nienawiść do szowinistycznych mężczyzn i doprowadziło główną bohaterkę do prób wymierzania sprawiedliwości. Pierwsze ze starań widzimy już w jednej z początkowych scen, gdzie Lisbeth okrada biznesmena, który pobił dwie prostytutki i znęca się nad żoną. Pieniądze oczywiście przelewa żonie oraz dwóm poszkodowanym kobietom. Istny Robin Hood. Niestety brnąc dalej w fabułę nagle ten fakt przestaję mieć znaczenie. Lisbeth otrzymuje zlecenia polegające na wykradnięciu  z amerykańskiej bazy danych aplikacji, która umożliwia dostęp do wszystkich arsenałów zbrojnych na świecie. Wpada w siatkę szpiegów, cyberprzestępców, gangsterów i skorumpowanych urzędników.

Niestety zamiast pójścia w trzymający w napięciu kryminał, stworzono klasycznego akcyjniakaCo prawda film ogląda się całkiem przyjemnie, jednak poza śniegiem i skandynawskim akcentem aktorek, nie ma on zbyt dużo wspólnego ze Skandynawią. A szczególnie ze skandynawskim kryminałem.  Całkiem szybko, bo już po spodziewanym odkryciu antagonisty, film zamienia się z wanna-be kryminału w film akcji na wzór „Mission: Impossible”. Ścigamy, uciekamy, strzelamy, bijemy się. Oczywiście rozumiem, że każdemu kryminałowi trochę akcji jest potrzebne, jednak nie tutaj. Większość sekwencji walk czy pościgów jest oklepana lub po prostu nudna.  Przez to na pewno ciężej było autorom filmu zbudować napięcie, którego ja osobiście nie odczułem w żadnym momencie seansu. Niestety pod względem aktorstwa nie jest dużo lepiej, chociaż Claire Foy starała się odpowiednio zbudować swoją postać. Jednak nie miała z kim, bo Mikael Blomkvist (Sverrir Gudnason) jak i Edwin Needham (Lakeith Stanfield) nie są  rolami wymagającymi dużego aktorskiego talentu. Co prawda klimat mroźnej Szwecji jest cudowny, jednak nie można się nim zbytnio nacieszyć przez nieustanne sceny akcji. A szkoda, bo czerwona suknia Camilli (Sylvia Hoeks) świetnie wyglądała na tle bielutkiego śniegu.

Prawdopodobnie o kilka razy za dużo użyłem w tekście słowa „niestety”. To zabieg celowy, jako że sam film miał predyspozycje do bycia świetnym kryminałem, ale niestety pójście w stronę akcji pomieszanej z thrillerem okazało się ostatecznie kiepskim rozwiązaniem. Tak samo jak sposób adaptacji książki „Co nas nie zabije”przez który film okazał się nużący i nijaki.

Ocena: 3/6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.