Od 1970 roku w ciągu nieco ponad trzech dekad populacja amerykańskich więzień wzrosła ośmiokrotnie. Podczas gdy czarni stanowią jedynie 13% ludności Stanów Zjednoczonych, są grupą rasową odpowiadającą aż 40% pozbawionych wolności. „Gdyby ulica Beale umiała mówić” to jeden z kilku filmów dotyczących nierówności rasowych w latach 60-tych i 70-tych, który w tym roku zdobył zainteresowanie Akademii. I zdecydowanie jest to produkcja najmocniejsza i najbardziej dosadna. Zarazem wbrew moim oczekiwaniom, w bardzo niewielkim stopniu przypomina „Moonlight”, który dwa lata temu otrzymał najważniejszego Oscara.

„Gdyby ulica…” to ekranizacja liczącej sobie już 45 lat powieści Jamesa Baldwina, rozgrywająca się wczesnych latach 70-tych w Harlemie. Fonny (Stephen James) i Tish (KiKi Layne) to młoda para zakochanych, znających się właściwie od dziecka. Oskarżony o napad i gwałt Fonny trafia do więzienia, a niedługo później Tish dowiaduje się, że jest w ciąży. Jej rodzina wynajmuje prawnika i rozpoczyna batalię o wykazanie niewinności Fonny’ego. Fabuła w dużej mierze toczy się dwutorowo, opowiadając historię związku pary przed i po aresztowaniu.

Annapurna Releasing

Barry Jenkins w oczywisty sposób traktuje tę historię niezwykle osobiście. O ile „Moonlight” był przede wszystkim artystycznym popisem i hiperemocjonalną opowieścią o dorastaniu w kontrze do świata, „Beale Street” jest filmem znacznie bardziej uporządkowanym, często niemal klasycznym w używanych środkach wyrazu. Nierzadko można wręcz odnieść wrażenie, że to produkcja poprzedzająca „Moonlight” – napisana i nakręcona już dawno temu. Większość scen zaskakuje teatralną statycznością i potrafi znudzić. Oparcie się na narracji z offu to błąd absolutny, jeśli nie znajduje się dla niej dobrego uzasadnienia, a tu często czujemy się, jakby narratorka po postu usiadła przed nami i czytała kolejne strony książki.

Toporność przekazu to grzech niewybaczalny przy produkcji z takimi ambicjami i będącej adaptacją tak silnie tożsamościowego dzieła. Proste odhaczanie kolejnych obowiązkowych punktów programu, zachowawcza realizacja przeszkadzają tym bardziej, że całość została całkiem dobrze zagrana. Wspaniała muzyka Nicholasa Britella sygnalizuje zresztą, że gdyby reżyser postanowił w sumie dość prostą opowieść ubrać w inne rozwiązania, „Beale Street” mogło być kolejnym przykładem nieco poetyckiego podejścia do kina. Mające do przekazania coś więcej, niż to, co komunikuje wprost.

Annapurna Releasing

O ile zarówno „Green Book” i „Czarne bractwo. BlacKkKlansman” starają się niuansować, wprowadzając postaci nieco nieuświadomionych białych, przeciwstawiających się z czasem reprezentowanej przez establishment opresji, „Gdyby ulica…” idzie inną drogą. Nie bawi się w wielość perspektyw i doszukiwanie się szarości. Jest manifestem kulturowego renesansu Afroamerykanów, odwołujących się już nie tylko do dziedzictwa opresji czasów niewolnictwa i poprzedzających wystąpienia Martina Luthera Kinga, Malcolma X i radykalizm Czarnych Panter. Współczesne doświadczenia tej społeczności to dzisiejszy Harlem, Compton, centrum Atlanty, Detroit i setek innych miast. Okres administracyjnej równości, naruszanej przez bardziej subtelne problemy Ameryki. Nie tylko rasowe, ale i społeczne, ekonomiczne oraz kulturowe. W czasach, gdy obok siebie miały miejsce systemowa opresja, akcja afirmatywna, czarny prezydent i Black Lives Matter, nic nie jest już tak proste i oczywiste, jak przed kilkoma dekadami.

Wspaniale ogląda się relacje głównych bohaterów, lecz chyba zbyt często wydaje się, że to jedyna rzecz, jaką film ma do przekazania. KiKi Layne i Stephen James stanowią wspaniały duet, będący najbardziej wyrazistym elementem całej produkcji. Absolutna i całkowicie skonkretyzowana krytyka społeczna jest boleśnie jednowymiarowa i służy jedynie do wykreowania zła absolutnego, utożsamianego z białym, który dobrym może być tylko wtedy, gdy nie jest do końca białym. Traci na tym cały drugi plan, sprowadzany do roli archetypów i odgrywaczy stereotypów. Niestety sprawia to też, iż powszechnie faworyzowania w wyścigu po Oscara Regina King moim zdaniem nie otrzymuje tu możliwości zaprezentowania wachlarza swoich umiejętności.

Nowy film Barry’ego Jenkinsa pada niestety ofiarą nie do końca zrozumiałej wizji swojego twórcy. Ten sam człowiek, który w poprzednim obrazie opowiadał o różnorodności i pięknie ludzkiego indywidualizmu, równa wszystko jak walec, sprowadzając społeczny obraz Ameryki do dwóch wrogich obozów, reprezentujących klasę panującą i wyzyskiwaną. I tylko szkoda, że wszystkie inne aspekty filmu są dobre lub bardzo dobre – od trzymających poziom zdjęć, przez ciekawe kreacje, po wspaniałą muzykę. Nawet scenariusz – pominąwszy niektóre przegadane momenty – to naprawdę solidna robota, szczególnie w warstwie dialogowej, pomimo wymierzonego w jasnym kierunku oskarżycielskiego ostrza. Szkoda, że ostatecznie konieczność wybrania strony – poczucia winy lub wściekłości – spłyca potencjalne wielkie dzieło do roli pewnego (tylko i aż) znaku czasów.

Ocena: 4/6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.