Jest duch w Montanie i w sercu twym, i dusza, och co za dusza. Próbowałem być pośrednikiem między tobą i tym. Nie mogłem się ruszyć, bo kroki zbliżają mnie do żerujących potworów. A przysięgałem, że nie będę krwawił.. Nie będę krwawił. To fragment piosenki „Montana” zespołu Youth Lagoon. Zaskakująco trafnie opisujący, czym w istocie jest „Kraina wielkiego nieba”. ‚Nieoczywiste’ tłumaczenie tytułu „Wildlife” to w istocie przydomek najrzadziej zaludnionego amerykańskiego stanu prócz Alaski. Pełnometrażowy debiut Paula Dano to opowieść o ludzkich duszach. I potężnej, niemal osierocającej przestrzeni.

Szczęśliwe małżeństwo Jerry’ego (Jake Gyllenhaal) i Jeannette (Carey Mulligan) Brinsonów wpada w kryzys, gdy on zostaje zwolniony z pracy. Mamy początek lat 60-tych na Amerykańskim Dalekim Zachodzie. Urażona duma ojca rodziny nie pozwala Jerry’emu na powrót do pracy. Małżonkowie oddalają się od siebie, gdy Jeannette podejmie pracę na pół etatu. W dekonstruującej się rodzinie 14-letni Joe (Ed Oxenbould) znajdzie się pomiędzy dwiema osobami, które zaczną na swój sposób podążać w przeciwnych  kierunkach.

IFC Films

„Kraina…” celowo nie jest filmem łatwym w oglądaniu. Sporo tu niekomfortowych momentów i niespiesznych kadrów. Cały obraz niemalże pozbawiony jest ścieżki dźwiękowej, co wzmaga wrażenie wszechogarniającej pustki. Ogrom niezmąconego krajobrazu prerii koresponduje z ewolucją bohaterów. Każdy z trójki Brinsonów zostaje zderzony z odebraniem kluczowego elementu życiowej stabilności. Uchwycenie tego rozkładu i bólu utraty w wielu wymiarach, to moim zdaniem największy sukces Paula Dano.

Strona aktorska była kluczowa dla powodzenia tego projektu i na całe szczęście nie ma tu żadnego niecelnego strzału. Zaskakujące, że aktor formatu Gyllenhaala nie jest tu najistotniejszy, a to brawurowa kreacja Mulligan najbardziej zapada w pamięć. Świetnie wypada również wiarygodny Oxenbould, odnajdując klucz do oddania niejednoznacznej postaci Joe.

IFC Films

Scenariusz autorstwa Dano i Zoe Kazan (dopiero drugi po „Ruby Sparks”) siłą rzeczy jest dość ubogi, choć zwracają uwagę solidnie napisane dialogi. Przyczepić mógłbym się może jedynie do paru niepotrzebnych scen, które pozostawiają wrażenie śladów po wyciętych wątkach. Obfitująca w zdarzenia, a jednak wybitnie niespieszna narracja to cecha specyficzna „Krainy…”, która może przesądzać tak o sympatii do filmu, jak i powodować wrażenie dłużyzn. Wiele zależy już w tej materii od preferencji widza.

Znając twórców, z którymi współpracował Paul Dano, wypadało spodziewać się solidnej produkcji. „Kraina…” to jednak zaskakująco dojrzałe kino, w którym widać zręby własnego stylu i świadome podejście do pracy. Dobranie doświadczonych i solidnych aktorów pozwoliło na realizację planu. Być może nieco za mało wykorzystano tu czas akcji, szczególnie po połowie filmu. Dodatkowo reżyser świadomie eksploatuje dość czytelne koleiny rodzinnego dramatu. Czy jednak można mu czynić z tego zarzut, skoro robi to w takim stylu i tyle dając od siebie?

Ocena: 4.5/6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.