Tegoroczny sezon przynosi nam dwa różne remake’i klasycznych horrorów. Co ciekawe, premiery oryginalnych odsłon „Halloween” i „Suspirii” dzielił zaledwie rok. Filmy to oczywiście zupełnie różne, ich nowe odsłony mają jednak coś wspólnego. Oba są swego rodzaju hołdami dla wielkich poprzedników, próbującymi – odwołując się do klasycznych elementów gatunku – całkowicie odmiennie do nich podejść. O ile film Davida Gordona Greena ma wymazać mniej i bardziej udane kontynuacje i pociągnąć historię filmu z 1978, o tyle „Suspiria” Luci Guadagnino to zupełnie nowa opowieść na ten sam temat. Dreszczowiec zbudowany na rosnącym napięciu, tajemnicy oraz stopniowo podsycanej ciekawości.

Akcję względem „Odgłosów” Daria Argenta przeniesiono z Wiednia do Berlina Zachodniego. Patricia (Chloe Grace Moretz) ucieka ze skoszarowanej w budynku przy murze szkoły tańca. W nieskładny sposób próbuje przekazać psychiatrze informacje o dyrekcji zespołu Heleny Markos, po czym znika. Jej miejsce zajmuje młoda i naiwna Amerykanka Susie (Dakota Johnson). Zwracając na siebie uwagę Madame Blanc (Tilda Swinton) znajduje się w centrum tajemniczego rytuału, wiążącego emocje, ambicje i misterium poświęcenia. To jednak jedynie pierwsza warstwa fabularna – rozwijając pewne wątki oryginału i rozbudowując wizualnie sekwencje tańca, Guadagnino wzbogaca swoje dzieło o kolejne kierunki fabularne, a przede wszystkim interpretacyjne.

Inverse

Świat szkoły od pierwszej sceny jest jakby odrealniony, a mistycyzm postaci i wydarzeń przeciwstawiony jest napastliwej i brudnej rzeczywistości. Pełen wolności i spełnienia taniec stoi w opozycji do zewnętrznego chaosu, uosabianego przez zamach terrorystyczny grupy Baader-Meinhof. Estetyka kadrów i przywiązanie do kompozycji, co rusz załamuje się przed wszechobecnymi odgłosami, szybkimi cięciami i biegnącymi pozornie bez składu liniami fabularnymi konkretnych postaci. Te jednak niepostrzeżenie znajdują drogę, niczym linie w punkcie zbiegu perspektywy w stanowiącym hołd dla nurtu giallo finale.

Fabuła, podobnie jak w oryginale, to przetworzona przez kreatywny umysł rama kina klasy „B”. Obowiązkowa dla zbudowania klimatu muzyka Thoma Yorka sprawdza się bardzo dobrze, choć czuję w tej materii pewien niedosyt. Realizacyjnie jest to przede wszystkim wizja Luci Guadagnino – bezkompromisowa podróż przez dekady inspiracji, nieskupiająca się na utrzymywaniu widza na krawędzi fotela, a raczej na przedstawieniu mu względnie prostej historii w niebanalnym anturażu. Wiele w tym zasługi odpowiedzialnego za zdjęcia Sayombhu Mukdeeproma, który we wspaniały sposób oddał zarazem fizyczny i duchowy aspekt tańca w kolejnych sekwencjach grupowych i indywidualnych. W szarościach sal i przy dźwięku padającego w Berlinie deszczu, gesty i ruchy stanowią większy komentarz dotyczący funkcji okrzepłego feminizmu (nieprzypadkowo jedyne postaci męskie są tu dosłownie marionetkami) i figury matki towarzyszącej całemu naszemu życiu, niż mogłyby to przekazać jakiekolwiek słowa. Tym bardziej szkoda, że w końcowej fazie pewne rzeczy zostają wypowiedziane tak bardzo wprost.

IndieWire

Absolutną bohaterką – co nie powinno dziwić – jest tu Tilda Swinton. Wcielająca się w trzy role aktorka udowadnia, że jest absolutną gwiazdą ekranu, kradnącą całą uwagę gdziekolwiek się pojawia. Jej madame Blanc to postać jednocześnie ciepła i zdystansowana, odwołująca się do archetypu troskliwej matki, jak i żądnej władzy i kontroli autorytarnej nauczycielki. Nareszcie też swój talent pokazała Dakota Johnson, która do tej pory częściej pojawiała się w filmie, niż w nim grała. Relacja Blanc i Susan rozwija się w intrygujący i nienachalny sposób. Każda kolejna scena z udziałem tej pary wydaje się coraz bardziej odrealniona, zarazem jednak emocje pomiędzy dwójką stają się coraz bardziej wyraziste z każdą chwilą.

„Suspiria” to kino podziału, bo nie daje się łatwo ocenić i zaklasyfikować. Posiada tę nieczęstą umiejętność do dzielenia widzów nawet posiadających podobny gust i oczekiwania co do filmu. Z pewnością Guadagnino stworzył film całkowicie według własnego pomysłu i należy mu się pochwała za absolutne wyrzeczenie się kompromisów w artystycznym przekazie. Muszę jednak przyznać, że najnowsze dzieło Włocha nie do końca do mnie trafiło. Potężna emocjonalność przekazu zdaje się emanować zbyt słabym światłem, by angażować widza, a wielka baza symboliczna zamiast ciekawić i intrygować, sprawia że można poczuć się zagubionym. Wizja reżysera pozostaje przede wszystkim jego wizją i zamiast przenikać do głębi, daje się jedynie podziwiać. Jak gość w świecie Guadagnino i Argento, który może być pod oglądać dokonania pięknych umysłów z dystansu.

Ocena: 4/6

4 Comments on “Suspiria – recenzja”

  1. Zdecydowanie jest to film który siedział mi w głowie przez dłuższy czas po obejrzeniu. Świetna charakteryzacja i aktorstwo, to pewne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.