Do tej pory droga Drew Goddarda była jasna. Reżyser wydawał się specjalizować jako utrzymujący przyzwoity poziom rzemiosła scenarzysta kina wysokobudżetowego. Po przeciętnym „World War Z” i ponadprzeciętnym „Marsjaninie”, Goddard napisał i wyreżyserował film zaskakująco kameralny. „Źle się dzieje w El Royale” staje się trzymającym w napięciu i ociekającym krwią dreszczowcem. Z oczywistym hołdem i zapatrzeniem  w dokonania Quentina Tarantino.

Dziesięć lat temu w hotelu El Royale na pograniczu Nevady i Kalifornii ktoś został zamordowany. Przed śmiercią zdążył jednak schować tu łup z napadu, po który z pewnością ktoś kiedyś się zgłosi. Tyle prolog. Następujące po nim otwarcie to zaskakująco dobrze złożona statyczna scena – niemal teatralna – bazująca na pomysłowym montażu i świetnej grze trójki bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem Jona Hamma. Wykreowane w ten sposób postaci są jak dobry zasiew, który w dalszej części filmu daje nam świetny plon, w postaci pełnokrwistych charakterów. Pomimo pewnych niespójności chronologicznych i czasowych złożonego scenariusza, sekwencyjna konstrukcja nie razi, bo przygnieciona jest przez potężne, wszechobecne napięcie. Brawa panie Goddard, bo wszystko zostało rozkręcone jak należy.

Miami New Times

Podupadły hotel w tym samym czasie odwiedzi czwórka ukrywających sekrety gości. Niepokojący ojciec Flynn (Jeff Bridges), wygadany sprzedawca odkurzaczy (Jon Hamm), płochliwa Darlene (Cynthia Erivo) oraz tajemnicza „Fuck You” (Dakota Johnson) właściwie ani razu nie wchodzą w interakcje jako grupa. Do identyfikacji postaci nie należy się z resztą za bardzo przywiązywać, bo – zgodnie z oczekiwaniami – każde z nich skrywa pewien sekret. Przez określony czas będziemy podążać za każdym z bohaterów, obserwując kolejne zdarzenia z różnych perspektyw – to sposób, który po mistrzowsku zrealizował Tarantino w „Pulp Fiction”, a który  nie jest prostym samograjem, co można zobaczyć choćby w „Paragrafie 44” Aarona Harveya.

Drew Goddard przez pierwszą połowę zakreśla ogromny potencjał tej produkcji. Wyciąga z aktorów to, co najlepsze (z wyjątkiem niezmiennie nijakiej Dakoty Johnson), umieszczając nawet Chrisa Hemswortha na aktorskiej minie, z której w niezłym stylu umyka. Zdarzenia są często nieoczekiwane (choć logiczne), postaci rozwijają się fantastycznie, nie ma nic pewnego, a czas mija bardzo szybko. Potem przychodzi jednak opamiętanie, że to nie miniserial i produkcję należałoby doprowadzić do sensownego końca. Nie przynosi to jeszcze wielkich szkód, aczkolwiek zaczynamy czuć lekki pośpiech. Gdy ostatecznie dostajemy scenę finałową, spostrzegamy że to właśnie w niej próbowano skondensować i rozładować narosłe napięcie. Tyle, że – niestety – zgubiliśmy je nieco wcześniej. Pojawienie się jeszcze czarniejszego charakteru mogłoby być lepiej wyjaśnione, a jego motywacja – znacznie lepiej zbudowana.

Nerdist

Film nie przypadnie do gustu nielubiącym długich dialogów stolikowych i statycznych scen w pomieszczeniach, tak typowych dla produkcji Tarantino. Oczywiście są tu słabsze momenty – przeciągnięte sceny (piosenka Darlene!), idące na skróty retrospekcje, czy przydługi finał. Ostatecznie wychodzi z tego jednak całkiem strawny thriller psychologiczny z wieloma smaczkami i pomysłowymi wątkami. Może to właśnie wątków było nieco zbyt wiele? Gdyby w hotelu zatrzymało się jeszcze dwóch bohaterów, mielibyśmy materiału na niezły 10-odcinkowy serial. A kto wie, może byłby to dopiero pierwszy sezon. Ciekawy projekt, który wykiełkował w głowie Goddarda, dużo traci na braku odpowiedniego rozwinięcia.

„Źle się dzieje w El Royale” to kino spełnionych oczekiwań. Kino rozrywkowe na wysokim poziomie, niewymagające od widza wyłączenia myślenia i zapięcia pasów na szaleńczych przeskokach ponad fabularnymi dziurami. Z drugiej strony – film z pierwszą połową zamierzającą się na gatunkowe szczyty, nieosiągalne dla wielu wcześniej bawiących się gdzieś na pograniczu thrillera i surowego exploitation. Później pozostawia jednak sporo niedosytu, bo po świetnym otwarciu dostajemy jedynie zadowalające zwieńczenie. Cóż, nie tym razem, to następnym. Drew Goddard dodaje wartościowy wpis do reżyserskiego portfolio i daje nadzieje na bardzo ciekawe produkcje w przyszłości.

Ocena: 4/6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.