Kino klasy B ma w sobie pewną magię. Scenariusze o niskiej wartości, uproszczone postaci i często szokująca fabuła. Filmy te często (świadomie lub nie) stawały w awangardzie i przesuwały granice tego, co na ekranie można pokazać. Dlatego zawsze wielkim ryzykiem jest, gdy wysokobudżetowe kino odwołuje się do tej stylistyki. Czy stylistyka rodem z klasy B może być prawdziwa, gdy poprzedzają ją gwiazdki Paramounta, a wszystko firmowane jest nazwiskiem J.J. Abramsa i okraszone 38-milionowym budżetem?

Z pewnością „Operacja Overlord” to pośrednia realizacja jednego z marzeń Abramsa, mimo iż podpisana nazwiskiem Juliusa Avery’ego. Tematyka nieco już wyeksploatowana, choć odwołania do mistyczno-okultystycznych ciągot liderów III Rzeszy to kopalnia pomysłów. Ktokolwiek z resztą w „Overlord” chciałby się doszukiwać materiału historycznego, powinien oszczędzić pieniądze. Czasy są tu tylko przyczynkiem do osadzenia rozwałki w interesującej lokalizacji, choć sama historia mogłaby „wydarzyć się” kiedykolwiek w XX wieku.

Paramount

Muszę przyznać, że spore wrażenie wywarła na mnie otwierająca sekwencja lotu nad Francją i skoku ze spadochronem. Częściowo to zasługa oglądania filmu w Imax (2D), na pewno jednak takie pozornie chaotyczne sceny osadzające kamerę w roli uczestnika akcji, to znak firmowy studia Bad Robot. Dalej jest dość schematycznie – formuje się grupa o pełnym przekroju osobowości, przeszkody będą się piętrzyć, a bohaterowie zmierzą się z niemal piekielnym złem, za którym stać będą nazistowscy naukowcy.

Nie będę kłamał – uwielbiam taki klimat. W innym czasie i miejscu zamiast zakochać się w Paolo Sorrentino zostałbym wyznawcą kin grindhouse. Z tego właśnie powodu jednocześnie cieszę się, że takie filmy powstają oraz wyczuwam, że wraz z potężnym zasileniem budżetu tracą część ze swojej duszy. Bo specyfiką takich produkcji jest to, że bohaterowie są do bólu schematyczni, ale w „Overlord” niestety wydają się mniej prawdziwi. Przeciwnik również musi być postacią tak czarną i złą jak się da. Do poziomu absurdu, za którym strach podszyty jest uśmiechem pobłażania.

Paramount

Potraktowanie historii o dzielnych wojakach walczących z produktami nazistowskich eksperymentów z pełną powagą to strzał w stopę. I niestety z tym mamy do czynienia w „Overlord”. Momentami brakuje tu puszczenia oka do widza, choćby muzyką czy wpuszczeniem trochę zdroworozsądkowego dialogu. W kręcącej się w oparach absurdu dziurawej fabule odpowiednio przygotowany widz powinien odnaleźć czystą rozrywkę. Gdy jednak twórcy bezapelacyjnie głoszą, że to poważna produkcja, pobłażliwy uśmiech zmienia się czasem w grymas nieustającego zdziwienia.

Film Juliusa Avery’ego reprezentuje gatunek, który życzyłbym sobie częściej oglądać w kinach. Gdyby tylko wszystko zostało sprzedane z równym dystansem, z jakim Pilou Asbaek traktuje rolę niemieckiego kapitana, z pewnością wróciłbym do tej produkcji jeszcze wiele razy. Brakuje tu trochę krwi, flaków i czerstwego humoru. „Operacja Overlord” to jednak nie historia o zmaganiach z tabunami zombie, a dość kameralna skradanka. Jeśli idziemy w tę klasyfikację, otrzymujemy dość przeciętny produkt – nieco napięcia, kilka jump scare’ów i nieskomplikowana zabawa. Przy tak nastawionych oczekiwaniach warto rozsiąść się w sali z dobrym nagłośnieniem, przygotować duży popcorn i nacieszyć wewnętrznego trzynastolatka.

Ocena: 3/6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.