UWAGA!! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY.

„Underdog” bierze na warsztat sporty walki MMA. Niegdyś toczone w cieniu wielkich wydarzeń sportowych, dziś są uwielbiane przez wielu Polaków. Film powstał dzięki pasjonatowi tej dziedziny i działaczowi federacji KSW Maciejowi Kawulskiemu. Reżyser-amator stworzył coś, czego nie mamy okazji oglądać w polskim kinie na co dzień. Czy jednak w tematyce dramatów sportowych zostało coś jeszcze do opowiedzenia?

Kawulski nie bierze jeńców. Już od pierwszej sceny zostajemy wrzuceni w środek świata MMA. Dosłownie. Chłoniemy obraz z perspektywy znanej graczom z gier typu FPS. Oczami bohatera obserwujemy trening oraz wchodzimy z nim do klatki, by stanąć oko w oko z przeciwnikiem. Sposób realizacji tych scen robi duże wrażenie. Po tej wizualnej atrakcji wracamy do standardowej narracji, aby poznać głównego bohatera, którym jest Borys „Kosa” Kosiński. Punktem wyjścia nie jest jednak jego droga na szczyt, a upadek, kiedy po wygranej walce, na skutek kontroli antydopingowej, traci pas na rzecz Deniego Takajewa (Mamed Khalidov).

Początkowa metoda ukazania jak bohater grany przez Eryka Lubosa radzi sobie po tych wydarzeniach wywołał moją irytację. Mamy więc wszechobecne butelki po morzu wypitego alkoholu oraz desperackie próby zdobycia środków przeciwbólowych niezupełnie legalną drogą. Czy naprawdę nie da się przejść traumy inaczej? Obraz jednak zmienia swoje tory, kiedy „Kosa” zaczyna wchodzić w ciekawsze interakcje z kolejnymi postaciami. Warto wspomnieć poznaną najpierw młodą dilerkę (Emma Giegżno) oraz pojawiającą się po niej panią weterynarz (Aleksandra Popławska), która ratuje znalezionego przez niego przybłędę. W końcu również ojca, nieakceptującego wyborów syna (Zbigniew Paterak), uważającego że klatki są dla zwierząt, a także poruszającego się na wózku inwalidzkim brata (Tomasz Włosok). Nie zabraknie tu oczywiście miejsca na mały plot twist.

Siłą napędową filmu są aktorzy, bo scenariusz cierpi na grzechy wielu dramatów sportowych. Wszystko to już widzieliśmy i znamy, jednak nie zawsze musi to musi stanowić poważny zarzut. Dialogi są na dobrym poziomie i – co ważne – z ust bohaterów nie padają wciśnięte na siłę wulgaryzmy. Nie znaczy to oczywiście, że nie ma ich w ogóle. Fabuła, prócz zgrzytu w ostatnim akcie, zachowuje spójność i jest konsekwentna. Aktorzy z wielu sztampowych i dobrze znanych zagrań scenariuszowych potrafią wyciągnąć dużo autentycznych emocji. Eryk Lubos tworzy świetny duet zarówno z Aleksandrą Popławską, jak i Tomaszem Włosokiem. Chemia między nimi sprawia, że dobrze się to ogląda, a niektóre sceny, zwłaszcza z tym drugim, potrafią naprawdę poruszyć.

Lubos daje popis zarówno kiedy musi pokazać wrak człowieka, jak i w scenach obrazujących powrót do formy. Gra całym ciałem i widać, że naprawdę dobrze przepracował przygotowania do roli. Mam na myśli zwłaszcza sceny treningu, w których nie musi udawać jak wiele wysiłku go to kosztuje. Janusz Chabior w roli trenera nie wychodzi poza warsztat, jaki znamy z innych filmów, ale gra poprawnie, a jego postać często służy jako comic relief. Mamed Khalidov nie ma w sumie wiele do zagrania poza scenami w klatce. Widać niestety, że jest naturszczykiem, ale jego gra nie razi też sztucznością. Rozumie swoją postać i co ją napędza. Zna świat MMA jak nikt inny z obsady, a to zapewne mu pomogło. Jego relacja z głównym bohaterem nacechowana wzajemnym szacunkiem i sympatią, to ewidentna zżynka z serii „Rocky”. Jednak jak już ściągać, to od najlepszych.

Reżyser-amator, choć widać pozostawia wiele niedociągnięć (na czele z prowadzeniem mniej doświadczonych aktorów, czy słabo przedstawionym wątkiem rosyjskiego mafiosa ), wychodzi z zadania obronną ręką. Jak na debiut, jest naprawdę nieźle. Kawulski miał szczęście, że pozyskał obsadę klasy Lubosa, Włosoka, Popławskiej,  czy nawet Boberka i Chabiora. Tworzą oni bardzo dobre kreacje i ciągną całą produkcję do góry. Jeśli dodamy do tego ciekawą oprawę wizualną i nie budzącą zastrzeżeń oprawę muzyczną, otrzymamy naprawdę udany seans. W hermetycznym gatunkowo polskim kinie, taki film to prawdziwa perełka.

OCENA 4.5/6

 

4 Comments on “Underdog – recenzja”

    1. Świetny nie, ale jest dobry. Czerpie z bardziej znanych filmów tego typu i dość umiejętnie przekłada to na polski rynek. Byłem już drugi raz i nadal mi się podoba.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.