aby założyć posty i tematy.

Opinie o filmach

PreviousPage 25 of 106Next

Spencer

Ogólnie mi się podobał, szkoda tylko że robiąc taki nie hollywoodzki, subtelny biopic, korzysta się z rozwiązań i metafor mało subtelnych, wręcz hollywoodzkich, takich jak scena z perłami czy nieustanne porównania do Anny Boleyn. Kristen Stewart dobra.

C'mon C'mon

Film, w którym dwie głównie postaci przez większość czasu gadają dosłownie o wszystkim i o niczym, mógłby szybko stać się przegadanym, gdyby z tego gadania nie wynikało zbyt dużo. I choć w pewnym momencie poczułem, że jest już blisko przekroczenia pewnej granicy (był nawet moment, w którym lekko przysnąłem), to ostatecznie okazuje się, że jest właśnie film, który w niesamowicie autentyczny sposób mówi o "wielkiej sile gadania" - o tym nieskrępowanym, otwartym, szczerym dziecięcym gadaniu, o utracie tej umiejętność albo niechęci do robienia tego w dorosłym życiu, o tych wszystkich momentach, w których dziecko potrafi zaskoczyć swoją mądrością, może nawet czegoś nauczyć, a także rozbawić swoją elokwencją, czy zarazić optymizmem. To także film o budowaniu relacji właśnie poprzez rozmowę, o tych momentach, które tworzą najmocniejsze więzi. Są tu również przemyślenia na temat rodzicielstwa, tych pięknych, ale i trudnych chwilach, kiedy kluczową rolę także pełni rozmowa. Tak samą zresztą jak w pracy postaci granej przez Phoenixa, która polega na przeprowadzaniu wywiadów z dziećmi w różnych miastach Ameryki, zadawaniu pytań o ich wizję przyszłości, o ich zmartwienia, a tym samym na wyrażeniu myśli, których nie mieliby możliwości wyrazić w innych okolicznościach. Nie mam pojęcia, czy to, co odpowiadają dzieci, także zostało napisane przez Millsa, brzmi to jednak niesamowicie autentycznie i szczerze. I choć to wszystko może wydawać się banalne, to jest to przedstawione w całkowicie bezpretensjonalny sposób, a przekaz jest dodatkowo wzmocniony pięknymi czarno-białymi zdjęciami, które moim zdaniem są jak najbardziej uzasadnione.

8/10

Cytat z janko data Listopad 11, 2021, 23:40

Spencer

Ogólnie mi się podobał, szkoda tylko że robiąc taki nie hollywoodzki, subtelny biopic, korzysta się z rozwiązań i metafor mało subtelnych, wręcz hollywoodzkich, takich jak scena z perłami czy nieustanne porównania do Anny Boleyn. Kristen Stewart dobra.

To nie jest biopic, a "baśń zrodzona z tragedii", czy jakoś tak. 😉

Cytat z Mierzwiak data Listopad 7, 2021, 14:29
Cytat z Kuba data Listopad 5, 2021, 10:56

"The Harder They Fall"- na ten moment jedno z najbardziej pozytywnych zaskoczeń roku. Film bez wątpienia ukochany przez polskich widzów. Rewelacyjna, kompletnie nie zgrzytająca (pomimo dużej tonalnej żonglerki) mieszanka bardzo staroszkolnego, klasycznego podejścia do westernów z nowoczesną modłą ala "Django" i eksperymentalną, bombastyczną, pomysłową realizacją (przyznam jednak, że największe wrażenie robią tu okazjonalne operatorskie zabiegi i jest kilka zaskakujących, absolutnie świetnych ujeć).

Historia prosta, ale jednak angażująca, wyróżniająca się bardzo fajnym antagonistą. Elba znakomity, również Majors popisowo dobry. Reszta trzyma wysoki poziom chociaż zauważająco zostają w tyle, może z wyjątkiem Beetz i Lindo. Muzyka jest tu super dobrana, sceny akcji świetnie się ogląda a jaki to ma klimat!

Po trailerze spodziewałem się nieśmiesznego, średnio oglądalnego przeciętniaka. Bawiłem się lepiej niż na jakimkolwiek tegorocznym blockbusterze (wiemy jaki jest wyjątek 😉 ).

 

 

Nawiązując do jedynego kontekstu w jakim ten film się będzie w naszej rodzimej dyskusji pojawiał - film się trochę nabija z białych i tyle. Zero społecznego komentarza, mniej lub bardziej wysilonej analogii czy innych bzdur. To historia w której jedynie szczegóły by się zmieniły gdyby wszyscy byli biali.

Jak wyżej!

Trailer był tak fatalny że chyba nawet go nie dokończyłem, tymczasem zobaczyłem właśnie jeden z filmów roku.

Jest tu pazur, koloryt i własna tożsamość. W kilku momentach można mieć skojarzenie z Tarantino, jest tu kilka podobnych zabiegów i ostatecznie powiedziałbym że jest to film bardzo w jego stylu, ale nie dlatego, że reżyser zgrywa tu Quentina, ale dlatego, że zrobił ten film po swojemu, bez oglądania się na reguły, nawet jeśli fundamentem jest tu jak najbardziej klasyczna historia o zemście.

W mojej opinii film jest jedynie dobry. Miałem wrażenie, jakby reżyser zatrzymał się gdzieś w połowie drogi, rezygnując z tych najbardziej oryginalnych czy kontrowersyjnych pomysłów. Końcowa rozpierducha też szybko traci dynamikę i przejrzystość. Dopiero końcowy twist przywraca film na właściwe tory.

Cytat z Marek Pilarski data Listopad 12, 2021, 00:10

To nie jest biopic, a "baśń zrodzona z tragedii", czy jakoś tak. 😉

Baśń zrodzona z prawdziwej tragedii - chyba tak to było, sprytnie zjedli ciastko i mają ciastko. Mocno spolaryzował ten film widownię. Właśnie motyw z psychozą to też pójście na łatwiznę, zakładając że to też fikcja. Steven Knight to bardzo nierówny scenarzysta. w jego filmografii można się natknąć na dobre i słabe skrypty. Tutaj, rzekłbym, jest pół na pół.

Red Notice

Zdecydowanie lepszy niż sugerował zwiastun. To wszystko już było, i to tyle razy, że trudno zliczyć, ale bawiłem się nieźle, cały czas coś się dzieje a fabuła prze do przodu, Deadpool ma fajną chemię z Rockiem, Gal też spoko i nawet kilka razy pokazała coś innego niż w swoich dotychczasowych rolach.

Na minus? Dużo za dużo komputera (jest tu jedna okropna scena która przypomniała mi o czwartej części Fast & Furious) i nieco odstający od reszty filmu 3. akt, ale jak na niezobowiązującą rozrywkę Red Notice jest całkiem fajne, nawet jeśli za kilka dni pewnie nie będę już o tym pamiętać.

Szaman has reacted to this post.
Szaman

Red Notice

Przypominał mi superprodukcje z przełomu lat 90-tych i 00-tych, może filmy Stephena Sommersa? Chociaż nie potrafię tego jakoś mocniej uargumentować. Mimo tych koszmarnych green screenów (covid przyciął im jakieś zaplanowane zdjęcia?), mimo polskiego tłumaczenia niepotrzebnie podkręconego na deadpoolowskie, Red Notice płynie sobie do przodu. Dynamicznie, bez epileptycznego montażu, nawet nie przesadza z piosenkami które mają nam wmówić jak świetnie się bawimy. Głupie to raczej, chociaż kilka głupotek naprawiło wydarzenie z trzeciego aktu, ale nie nudziłem się, nie irytowałem i zapamiętam Gal śpiewającą Downtown.

Takie 5/10, w sumie może nawet 6, ale już nie będę się wygłupiał, bo to przeciętny popcornowiec. Ale nie trwa 150 minut, nie stara się przemycić marvelowego humoru, nie udaje czegoś czym nie jest.

Mierzwiak and robgordon have reacted to this post.
Mierzwiakrobgordon

Dobra, Marek, a teraz musisz opowiedzieć o Oczach Tammy Faye 🙂 Jak to jest w ogóle zagrane? Czy bardzo czuć te wszystkie maski, pekaesy i lumpeksowe kostiumy które tak bardzo przeszkadzały w zwiastunie? Jak wypadła Chastain? Ile jest Vincenta?

Miałem nadzieję, że będę więcej pisał o obejrzanych filmach, ale jakoś ostatecznie brakuje siły/weny/czasu.

Jeśli chodzi o Oczy Tammy Faye, to ogólnie rzecz biorąc jest to kompetentnie nakręcony biopic, choć mocno "by the numbers", z dużą dawką empatii wobec głównej bohaterki. Jest tu ona przedstawiona jako w gruncie rzeczy ciepły, działający w dobrej wierze człowiek, który po prostu był zbyt naiwny lub nieskory do wgłębienia się w nieuczciwe "rydzykowe" interesy swojego męża. Z drugiej strony nie jest to pokazane tak, że jest ona zbyt ograniczona, żeby to dostrzegać, bo widzimy jednak, że zdarza jej się iść pod prąd w wielu kwestiach.

Co do makijażu - najbardziej rzuca się w oczy z początku, gdy widzimy młodą Tammy bez wymalowanej twarzy. Później charakteryzacja Jessiki zaczyna zlewać się z ekscentrycznym wyglądem granej postaci i przestaje się to rzucać w oczy. Są tu momenty bardziej lekkie i karykaturalne, ale one także dobrze zgrywają się z opowieścią o telewangelicznym biznesie "made in USA". Są też bardziej poważne sceny, które wprowadzają dawkę dramatyzmu i równoważą ton (bo jest to też historia małżeństwa, które przeżywa swoje lepsze i gorsze chwile). Więc pod względem aktorskim czy właśnie pod względem tonu całości nie dostrzegłem jakichś większych zgrzytów. Jessica jest całkowicie zanurzona w tej postaci, dodatkowo sama śpiewa, więc ogólnie robi bardzo dobre wrażenie. Vincenta nie ma zbyt dużo czasu ekranowego i gra raczej na jednej nucie, ale wynika to z postaci, w którą się wciela. W pewnym momencie pada nawet żart, że nie nadaje się do prowadzenia programu w telewizji, bo nie jest wystarczająco charyzmatyczny (czy jakoś tak). 😉

Szaman has reacted to this post.
Szaman

Jeśli miałbym porównać dwie kreacje, które mają w tej chwili chyba największe szanse na Oscara za najlepszą pierwszoplanową rolę, to chyba jednak nadal numerem jeden jest dla mnie Kristen.

Spencer - Kristen Stewart robi ogromne wrażenie, bo bez mocnych zabiegów charakteryzacyjnych była w stanie stworzyć autentyczną kreację i odtworzyć mimikę, spojrzenia i różne mikroekspresje, a także sposób poruszania się, charakterystyczny akcent/wymowę Diany. I czuć w tym niesamowitą lekkość, ale także ducha i ciepło tej postaci np. w relacjach ze swoimi synami.

Oczy Tammy Faye - kreacja wzmocniona mocnym, nieco karykaturalnym makijażem, który z czasem zaczyna zlewać się z ekscentrycznym wyglądem granej postaci, przestaje się rzucać w oczy i nie wywołuje zgrzytów czy efektu parodii. Jessica Chastain jest całkowicie zanurzona w tej postaci, dodatkowo sama śpiewa i także przenosi na ekran wszystkie kolory Tammy Faye.

"Tick, tick...boom" - musical roku i na ten moment mój drugi ulubiony film po Diunie. Nie sądziłem, że będzie to aż tak dobre.

Postać Jonathana Larsona jest bez wątpienia fascynująca a przede wszystkim bardzo bliska sercu chyba każdego młodego człowieka który coś tworzy, pisze - nawet jeśli głównie dla szuflady. Jednocześnie w jego biografii można znaleźć wiele elementów które możemy odnaleźć również w życiorysie twórcy filmu. Uwielbiam "Rent" i bardzo doceniam za wkład nie tylko w scenę artystyczną, ale również w kwestie społeczne, jakże świetnie i naturalnie tam poruszane.

"Tick, tick...boom" jest jednak historia uniwersalną dla której kwestie społeczne są tłem, istotnym i kształtującym bohaterow, ale jednak tłem. Centrum jest uniwersalna, szczera, pozbawiona litości, ale pełna uroku historia o młodości, twórczości, ambicji i decyzjach. Ponieważ jest to historia życia twórcy udaje się uniknąć typowych wyborów w musicalach a całość ma gorzki, nieprzyjemny posmak pomimo jednocześnie dawanego motywacyjnego kopniaka.

Reżyseria Mirandy jest fantastyczna. Zero popisówy, forma jest tylko narzędziem, na pierwszym planie stoją bohaterowie. Bałem się, że z racji zerowego doświadczenia za kamerą Miranda będzie bardzo inspirował się praca Chu nad "In The Heights". Na szczęście nie i więcej tu mamy ukłonów do stylu filmowej wersji "Rent". Przede wszystkim mamy jednak rewelacyjne przeniesienie języka teatru do kina bez poczucia że oglądamy teatr telewizji. Każda piosenka, każda choreografia i musicalową scena służy bohaterom, służy historii. Każda jest świetnie wykonana, pomysłowa i wciągająca, ale absolutnie pozbawiona efektownej, bombastycznej przesady która sprawiała, że wspominane ITH jest dla mnie średnio oglądalnym tworem. Pod wieloma względami TTB jest aż zaskakująco przyziemnym tworem.

Pełno jest tu nawiązań do teatru. Liczba cameosow i epizodów rozwala i bardzo żałuję, że sam mogłem rozpoznać jedynie kilka twarzy w trakcie seansu. Ale jednak świadomość kto wykonuje te piosenki i kto te epizody gra autentycznie podnosi poziom widowiska.

Całość ma świetną konstrukcje. Z początku chaotyczną, ale widz szybko dostraja się do rytmu. Dzięki czemu całe 2 godziny są energiczne, dynamiczne i nie nudzą, mieszanka występu i samej historii wypada świetnie również pod kątem montażowym, obie linię kompletnie ze sobą nie zgrzytają. Tym samym co zaskakujące pomimo tego tempa każda postać dostaje swój czas, każdy wątek dobrze wybrzmiewa, nic nie jest prowadzone po łebkach.

Garfield jest genialny. Nie miał jeszcze roli która pozwoliłaby mu tak popisać się swoją mową ciała, mimiką i głosem. Jest efektowny, efektywny, czarujący i poruszający. Cóż za występ. Tym samym reszta zostaje nieco w cieniu. Robin de Jesus jest jednak znakomity, co za odkrycie, sporo od niego w przyszłości oczekuje. Vanessa Hudgens głównie robi za tło, ale wnosi jakość do każdej grupowej piosenki oraz ma jedną wspólną z Garfieldem gdzie oboje są tak rewelacyjni i tak przezabawni, że prawie skradła dla mnie film. Bardzo dobrze wypada też Alexandra Shipp.

 

Przy czym warto dodać, że zepchnięcie formy na drugi plan owocuje tym, że w sumie zdjęcia są jedynie poprawne, praca kamery jest porządna i tyle a zabawa kolorami i oświetleniem powiedzmy dyplomatycznie, że jest nieobecna.

 

Dla mnie to jest jednak 9/10 i fantastyczny seans którego bardzo potrzebowałem i mam ochotę go powtórzyć już wkrótce. Druga 9 w tym roku na już obejrzane 25 filmów.

 

Trzymam kciuki za resztę projektów Mirandy i jestem ciekaw co zaprezentuje dalej nawet jeśli, siłą rzeczy, nie zrobi raczej nigdy nic co dorównałoby Hamiltonowi. Nie zdziwię się jednak jeśli kiedyś dostanie w swoje ręce kolejne podejście do Cats.

Przyznam, że dopiero teraz zapoznałem się z historią Jonathana Larsona. Bardzo filmowa trzeba przyznać.

Cytat z Kuba data Listopad 20, 2021, 09:24

Trzymam kciuki za resztę projektów Mirandy i jestem ciekaw co zaprezentuje dalej nawet jeśli, siłą rzeczy, nie zrobi raczej nigdy nic co dorównałoby Hamiltonowi.

W jakim sensie? Bo dla mnie Hamilton jest nieoglądalny, ale ja po prostu nie lubię musicali, a te które akurat mi się podobają (jak cudowne La La Land) są po prostu świetnymi filmami z takimiż piosenkami.

Cytat z Mierzwiak data Listopad 20, 2021, 11:41
Cytat z Kuba data Listopad 20, 2021, 09:24

Trzymam kciuki za resztę projektów Mirandy i jestem ciekaw co zaprezentuje dalej nawet jeśli, siłą rzeczy, nie zrobi raczej nigdy nic co dorównałoby Hamiltonowi.

W jakim sensie? Bo dla mnie Hamilton jest nieoglądalny, ale ja po prostu nie lubię musicali, a te które akurat mi się podobają (jak cudowne La La Land) są po prostu świetnymi filmami z takimiż piosenkami.

I pewnie właśnie dlatego jest dla Ciebie nieoglądalny 😉 Mam podobnie, za Hamiltona się nawet nie zabierałem. Musicale akceptuję te, które opowiadają fajne historie i gdzie piosenki są ich uzupełnieniem, a nie sednem. Nie zmienia to faktu, że Hamilton uważany jest za arcydzieło (koleżanka mieszkająca w Londynie widziała go już kilka razy). Rozumiem więc co ma na myśli Kuba. Choć wolałbym, jeśli już Miranda ma trzaskać te musicale, by były one bliższe LLL, a nie Hamiltonowi.
PS.  Koleżanka z Londynu była też np. zachwycona The Man. The Music. The Show. Hugh Jackmana. Bardzo ponoć zabawny i uzdolniony z niego gość.

A w sumie popis Garfielda jest bliższy La Land czy Hamiltona? Bo nie wiem czy się zabierać.

Po zwiastunie powiedziałbym, że raczej LLL, ale to pewnie Kuba może powiedzieć więcej.

Nie jest to drugie La La Land, ale też struktura, konwencja i tematyka są zupełnie inne.

Garfield jest WSPANIAŁY, piosenki płyną cudownie i dają mnóstwo radości, a i dreszcz przechodzi gdy robi się poważniej bo film daje głos nosicielowi HIV.

Topka roku.

Szaman has reacted to this post.
Szaman
Cytat z Mierzwiak data Listopad 20, 2021, 11:41
Cytat z Kuba data Listopad 20, 2021, 09:24

Trzymam kciuki za resztę projektów Mirandy i jestem ciekaw co zaprezentuje dalej nawet jeśli, siłą rzeczy, nie zrobi raczej nigdy nic co dorównałoby Hamiltonowi.

W jakim sensie? Bo dla mnie Hamilton jest nieoglądalny, ale ja po prostu nie lubię musicali, a te które akurat mi się podobają (jak cudowne La La Land) są po prostu świetnymi filmami z takimiż piosenkami.

Nie wyobrażam sobie aby ktoś kto z natury nie lubi samej idei musicalu lubił Hamiltona 🙂 tak jak już jednak powiedziano - Hamilton jest prawdopodobnie jednym z największych pod względem sukcesu i przyjęcia dzieł sztuki tego wieku. Nie sądzę aby Miranda był w stanie stworzyć coś co ten sukces powtórzy a w mojej własnej skromnej opinii - nic równie dobrego.

Warto tutaj jednak podkreślić, że Hamilton czy In the Heights kompletnie nie nadają się do kina. Ba, uważam, że "West Side Story" nie nadaje się do kina. LLL i TTB są ich kompletnymi przeciwieństwami, zwłaszcza ten drugi który na bohaterów i historię kładzie jeszcze większy nacisk niż film Chazella (który też kocham!).

 

 

Niestety, Jane zobacze dopiero na netflixie, ale obejrzałem innego oscarowego kandydata

"King Richard"- tutaj jest to czego się spodziewałem. Sportowy, hollywoodzki dramat ku pokrzepieniu serc. Zapomnę o jego istnieniu za miesiąc. Wszystko tu jest na po prostu standardowym dobrym poziomie. Szczere, sprawnie przedstawione, technicznie bez zarzutu jak i bez grama pomysłu czy czegoś "więcej". Aktorsko rewelacja, Smith jest fantastyczny, ale to Ellis kradnie film - to też scena skupiona na jej postaci jest najlepszą i najciekawszą w filmie. Generalnie, jak bardzo bym nie rozumiał zainteresowania Richardem Williamsem tak nieco boli jak marginalny jest tu wątek samej Sereny i Venus. Co by nie było to one to osiągneły, one dźwigały gigantyczny, przytłaczający ciężar tych oczekiwań, treningów...podejście ich ojca i cała otoczka zaprezentowana w tym filmie to wręcz idealna podstawa aby przygotować im mocny wątek. Tymczasem tego praktycznie nie ma. Obie wszystko znoszą wręcz perfekcyjnie i są tłem w historii w której powinny być równie ważne jak Williams. To nawet nie jest kwestia wyboru bohatera i skupieniu się na osobie która najbardziej ciekawi twórców - w przypadku tej opowieści aby dobrze zaakcentować jej wszystkie elementy kluczowe powinno być większe, lepsze zgłębienie perspektywy dziewcząt.

Dlatego też najciekawszy ten film jest kiedy rzuca światło na wątek żony Richarda i tego co ona wniosła do sukcesu dziewcząt. To również jest jednak niestety dość szczątkowe. A marnuje się tutaj również rewelacyjna chemia jaką mają Smith i Ellis.

Niektórzy budują oscarowy hype wokół Jona Bernthala...to bardzo dobra rola, energiczna i nieco inna od tego z czym się zazwyczaj kojarzy Bernthal, ale no błagam. Na ten moment zarówno Affleck, de Jesus czy Elba zasłużyli bardziej.

6/10.

Obejrzałem Tick, tick...boom. Zgadzam się, że film jest pełen pasji, a Garfield w najlepszej formie. A jednak w moim przypadku nie chwyciło. Wydaje mi się, że zarówno fabularnie, jak i w warstwie muzycznej jest zbyt hermetyczny. Trochę jak dzieło, nad którym pracuje główny bohater. Jak mówi jego agentka: świetne, ale niesprzedawalne.

Wątek nierozumianego twórcy i jego związku jest momentami męczący. Na szczęście jest jeszcze wątek obyczajowy poruszający temat epidemii AIDS i sytuacji mniejszości seksualnych, który jest naprawdę mocny, choć zdecydowanie w cieniu głównego tematu.

7/10

Ja myślałem, że przemówi do mnie bardziej, jako że jestem mniej więcej w wieku głównego bohatera. Utwory nie pozostają w mojej pamięci i po części także nie dotarły do mnie swoim przesłaniem. Dużo bardziej muzycznie podobało sztuka Tick Tick...boom niż musicalowe wstawki w historii, która ją zainspirowała, choć ta wielopoziomowa narracja podobała mi się,  mimo że na początku potrzebowałem trochę czasu, co, jak i kiedy się dzieje. Miejscami mocno czuć CGI, co wzmacnia niepotrzebnie uczucie pewnej sztuczności i kiczu.

6/10

PreviousPage 25 of 106Next