Opinie o filmach
Cytat z Marek Pilarski data 10 grudnia, 2021, 18:05Cytat z Kuba data grudzień 10, 2021, 12:35Zdjęcia też są mocno takie sobie, praca kamery powinna być lepsza i okazjonalne zabawy formatem są średnio dla mnie pojęte. Poza tym? Perfekcja.
Też się zastanawiam, co ta zmiana formatem miała oznaczać. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że [spoiler title=""]ona w wizualny sposób oznacza przełomowy moment w rozmowie tych postaci. Wcześniej statyczne ujęcia, na twarze, oddające sztywną perspektywę każdej z postaci, tkwienie w swoich emocjach. Później, po emocjonalnym wybuchu Isaacsa (nie pamiętam czy to ten, w który nie uwierzyłem, czy następny) atmosfera zaczyna się luzować, kamera zaczyna wędrować po pokoju wraz z postaciami, które uwalniają się od swoich emocji - złości i żalu, w których tkwili. [/spoiler]
Nie kupuję do końca tego filmu - przez sporą część uważałem, że został nakręcony tylko po to, żeby dobrzy aktorzy mogli w pogadać o "ważnym" temacie. Z kolei końcówka najbardziej mnie poruszyła.
Nie byłem jednak w stanie odczytać tego, co symbolizuje ta czerwona wstążką...
Cytat z Kuba data grudzień 10, 2021, 12:35Zdjęcia też są mocno takie sobie, praca kamery powinna być lepsza i okazjonalne zabawy formatem są średnio dla mnie pojęte. Poza tym? Perfekcja.
Też się zastanawiam, co ta zmiana formatem miała oznaczać. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że
Nie kupuję do końca tego filmu - przez sporą część uważałem, że został nakręcony tylko po to, żeby dobrzy aktorzy mogli w pogadać o "ważnym" temacie. Z kolei końcówka najbardziej mnie poruszyła.
Nie byłem jednak w stanie odczytać tego, co symbolizuje ta czerwona wstążką...
Cytat z robgordon data 12 grudnia, 2021, 10:32Moje odczucia po seansie "Odkupienia"
[spoiler title=""]
"Ważny" temat jest już dobrym punktem wyjścia do tego, by nakręcić film. Oczywiście trzeba mieć jeszcze coś ciekawego w tym temacie do przekazania. I trzeba to zrobić w sposób ciekawy dla widza. Wg mnie to w "Odkupieniu" się udało.
Nie wiem czy kiedyś oglądałem film, w którym podjęto się przedstawienia uczuć rodziców zabójcy-samobójcy po zamachu (pewnie był taki, ale ja go nie pamiętam). Zwróćcie zresztą uwagę, że w tym wypadku opowieść nie jest symetryczna. Więcej dowiadujemy się właśnie o nich, niż o rodzicach chłopca, który zginął w zamachu zabity jako pierwszy. Jest to zrozumiałe, bo z pewnością łatwiej pojąć to, co czują ci drudzy. Każdy z nas prędzej czy później straci kogoś bliskiego, czasem nawet w dramatycznych okolicznościach. W przypadku rodziców zabójcy, sprawa z pewnością jest jednak bardziej wielowymiarowa, a w konsekwencji, z punktu widzenia twórcy, ciekawsza.
A tematów w filmie jest więcej. Jak bardzo rodzice odpowiadają za to, co zrobiło ich dziecko? Co sprawia, że dziecko w pewnym momencie swojego życia decyduje się na taki krok? Co powinni zrobić rodzice, gdy widzą, że w dziecku, które przecież kochają najbardziej na świecie, narasta złość? Czy byli w stanie zapobiec temu co się stało? Wreszcie, jak poradzić sobie ze śmiercią własnego dziecka?Oglądając tego rodzaju filmy trzeba też pamiętać o jednym. Czasem konstruowane są one w taki sposób (ostatnio miałem takie odczucia przy "Scenach z życia małżeńskiego"), że dyskusja przybiera formę wręcz akademickiej. Przez co wydaje nam się nieco sztuczna, gdyż nie potrafimy do końca uwierzyć, że realni bohaterowie byliby w stanie przeprowadzić taką właśnie rozmowę. Ta umowność jest naturalna dla filmów opierających się na dialogach. Autor zawiera w nich przemyślenia swoje, innych, z wielu lat, często celowo wykluczające się, aby w trakcie tych kilku godzin dać nam więcej materiału do zastanowienia się.
Jeśli chodzi o wstążkę, mam dwa tropy. Z tego co pamiętam na początku filmu powiewała na wietrze, potem zastygła. To metafora życia obojga chłopców. Jednocześnie wstążka sprawiała wrażenie jakby chciała się wyrwać, jakby czuła się uwięziona. Tak jak chłopiec-morderca. Który po zamachu znalazł spokój.
Nie wiem czy choć zbliżyłem się ze swoją interpretacją do zamiarów twórców, ale tak to zrozumiałem.[/spoiler]
Moje odczucia po seansie "Odkupienia"
"Ważny" temat jest już dobrym punktem wyjścia do tego, by nakręcić film. Oczywiście trzeba mieć jeszcze coś ciekawego w tym temacie do przekazania. I trzeba to zrobić w sposób ciekawy dla widza. Wg mnie to w "Odkupieniu" się udało.
Nie wiem czy kiedyś oglądałem film, w którym podjęto się przedstawienia uczuć rodziców zabójcy-samobójcy po zamachu (pewnie był taki, ale ja go nie pamiętam). Zwróćcie zresztą uwagę, że w tym wypadku opowieść nie jest symetryczna. Więcej dowiadujemy się właśnie o nich, niż o rodzicach chłopca, który zginął w zamachu zabity jako pierwszy. Jest to zrozumiałe, bo z pewnością łatwiej pojąć to, co czują ci drudzy. Każdy z nas prędzej czy później straci kogoś bliskiego, czasem nawet w dramatycznych okolicznościach. W przypadku rodziców zabójcy, sprawa z pewnością jest jednak bardziej wielowymiarowa, a w konsekwencji, z punktu widzenia twórcy, ciekawsza.
A tematów w filmie jest więcej. Jak bardzo rodzice odpowiadają za to, co zrobiło ich dziecko? Co sprawia, że dziecko w pewnym momencie swojego życia decyduje się na taki krok? Co powinni zrobić rodzice, gdy widzą, że w dziecku, które przecież kochają najbardziej na świecie, narasta złość? Czy byli w stanie zapobiec temu co się stało? Wreszcie, jak poradzić sobie ze śmiercią własnego dziecka?
Oglądając tego rodzaju filmy trzeba też pamiętać o jednym. Czasem konstruowane są one w taki sposób (ostatnio miałem takie odczucia przy "Scenach z życia małżeńskiego"), że dyskusja przybiera formę wręcz akademickiej. Przez co wydaje nam się nieco sztuczna, gdyż nie potrafimy do końca uwierzyć, że realni bohaterowie byliby w stanie przeprowadzić taką właśnie rozmowę. Ta umowność jest naturalna dla filmów opierających się na dialogach. Autor zawiera w nich przemyślenia swoje, innych, z wielu lat, często celowo wykluczające się, aby w trakcie tych kilku godzin dać nam więcej materiału do zastanowienia się.
Jeśli chodzi o wstążkę, mam dwa tropy. Z tego co pamiętam na początku filmu powiewała na wietrze, potem zastygła. To metafora życia obojga chłopców. Jednocześnie wstążka sprawiała wrażenie jakby chciała się wyrwać, jakby czuła się uwięziona. Tak jak chłopiec-morderca. Który po zamachu znalazł spokój.
Nie wiem czy choć zbliżyłem się ze swoją interpretacją do zamiarów twórców, ale tak to zrozumiałem.
Cytat z Kuba data 12 grudnia, 2021, 11:23Ciekawe i dość trafne porównanie do Scen, niemniej uważam, że w przypadku produkcji Leviego tam nieco przeciągnięto strune. Przynajmniej z mojego punktu widzenia zabrakło tam faktycznych emocji i uczuć, nie czułem ich w historii o tym małżeństwie (podobnie jak nie czułem ich czytając scenariusz do miniserialu Bergmana), wręcz za bardzo postawiono na naukową rozprawkę. Tymczasem Mass te emocje ma, jest szczere i poruszające a przede wszystkim nadal opowiada jedną, konkretną historię - poruszająca i wiarygodną nawet gdyby nie była jedynie przykładem szerszej tragedii.
Ciekawe i dość trafne porównanie do Scen, niemniej uważam, że w przypadku produkcji Leviego tam nieco przeciągnięto strune. Przynajmniej z mojego punktu widzenia zabrakło tam faktycznych emocji i uczuć, nie czułem ich w historii o tym małżeństwie (podobnie jak nie czułem ich czytając scenariusz do miniserialu Bergmana), wręcz za bardzo postawiono na naukową rozprawkę. Tymczasem Mass te emocje ma, jest szczere i poruszające a przede wszystkim nadal opowiada jedną, konkretną historię - poruszająca i wiarygodną nawet gdyby nie była jedynie przykładem szerszej tragedii.
Cytat z Fandorin data 12 grudnia, 2021, 14:28West Side Story
Wersja Spielberga jest bardziej dosłowna od oryginału. Gdzie, za pomocą tańca, muzyki i piosenek, Wise i Robbins wespół z Bernsteinem i Sondheimem opowiadali o uniwersalnych ludzkich uczuciach, Spielberg i Kushner nawiązują do współczesnej sytuacji społecznej i problemów obecnych w dyskursie publicznym w Ameryce. Nowa wersja jest bardziej przyziemna również poprzez rozbudowanie tła, na którym rozgrywają się wydarzenia, a także za sprawą bardziej naturalnej gry aktorskiej (akurat ten element w oryginale jest największym problemem). Cała obsada jest świetna, choć nie ma tutaj roli, która zasługiwałaby na jakieś specjalne wyróżnienie (najlepsza, znowu!, jest aktorka w roli Anity). Z kolei rola Rity Moreno to bardziej taki hołd dla niej i chyba największa zmiana fabularna w stosunku do wersji z '61.
Poza tym zmiany dotyczą raczej inscenizacji niektórych piosenek, w tym dwóch najlepszych: America oraz Gee, Officer Krupke. Oryginały są bardziej kameralne, nowe natomiast dostały większy rozmach. Trzeba jednak przyznać, że Spielberg nie czuje musicalu na tyle, aby mógł w tym względzie konkurować z przegenialnym poprzednikiem.
Wrażenie robi strona wizualna filmu, zwłaszcza scenografia. Pokazano dużo większy kawałek miasta, na dodatek w trakcie istotnych przeobrażeń. Mamy tu więc stare, czynszowe kamienice, szerokie ulice z gwarem i ruchem ulicznym oraz morze ruin i place budowy ze sprzętem budowlanym z epoki. Świetne są kostiumy oraz charakteryzacja, która sprawia, że postaci (może poza dwójką głównych bohaterów) wglądają jak wyjęci sprzed ponad pół wieku. Problem mam za to ze zdjęciami Kamińskiego. Nie ma tu jakichś super pomysłowych ujęć, sporo natomiast gry światłem oraz intensywnych kolorów, co sprawia trochę kiczowate wrażenie. Być może takie było zamierzenie, bo w końcu sama historia jest bardzo łzawa i emocjonalna.
W efekcie film wypada dobrze, pod warunkiem zaakceptowania dość naiwnej, ale poruszającej historii oraz musicalowej otoczki. Skupia się na bardziej przyziemnych sprawach niż poprzednik, który również poruszał wiele problemów społecznych, ale w bardziej subtelny sposób.
Wersja z 1961 roku to dla mnie 9/10, film Spielberga 8/10.
P.S. W oryginale pojawia się dwóch aktorów z Twin Peaks Lyncha, z czego zdałem sobie sprawę dopiero po seansie, sprawdzając obsadę. W trakcie seansu wydawało mi się, że skądś ich znam, ale nie mogłem skojarzyć twarzy.
Dom Gucci
Ciekawa historia opowiedziana w sposób zupełnie nieangażujący i nieciekawy, ale za to decorum pierwszorzędne. Scotta interesowało tutaj to, co Szaman określił jako "krótko z przodu, długo z tyłu i wąsy na przedzie". I pod tym względem jest to kapitalna robota! Szkoda tylko, że film tak się dłuży i ostatecznie przynudza.
Ale i tak 7/10
West Side Story
Wersja Spielberga jest bardziej dosłowna od oryginału. Gdzie, za pomocą tańca, muzyki i piosenek, Wise i Robbins wespół z Bernsteinem i Sondheimem opowiadali o uniwersalnych ludzkich uczuciach, Spielberg i Kushner nawiązują do współczesnej sytuacji społecznej i problemów obecnych w dyskursie publicznym w Ameryce. Nowa wersja jest bardziej przyziemna również poprzez rozbudowanie tła, na którym rozgrywają się wydarzenia, a także za sprawą bardziej naturalnej gry aktorskiej (akurat ten element w oryginale jest największym problemem). Cała obsada jest świetna, choć nie ma tutaj roli, która zasługiwałaby na jakieś specjalne wyróżnienie (najlepsza, znowu!, jest aktorka w roli Anity). Z kolei rola Rity Moreno to bardziej taki hołd dla niej i chyba największa zmiana fabularna w stosunku do wersji z '61.
Poza tym zmiany dotyczą raczej inscenizacji niektórych piosenek, w tym dwóch najlepszych: America oraz Gee, Officer Krupke. Oryginały są bardziej kameralne, nowe natomiast dostały większy rozmach. Trzeba jednak przyznać, że Spielberg nie czuje musicalu na tyle, aby mógł w tym względzie konkurować z przegenialnym poprzednikiem.
Wrażenie robi strona wizualna filmu, zwłaszcza scenografia. Pokazano dużo większy kawałek miasta, na dodatek w trakcie istotnych przeobrażeń. Mamy tu więc stare, czynszowe kamienice, szerokie ulice z gwarem i ruchem ulicznym oraz morze ruin i place budowy ze sprzętem budowlanym z epoki. Świetne są kostiumy oraz charakteryzacja, która sprawia, że postaci (może poza dwójką głównych bohaterów) wglądają jak wyjęci sprzed ponad pół wieku. Problem mam za to ze zdjęciami Kamińskiego. Nie ma tu jakichś super pomysłowych ujęć, sporo natomiast gry światłem oraz intensywnych kolorów, co sprawia trochę kiczowate wrażenie. Być może takie było zamierzenie, bo w końcu sama historia jest bardzo łzawa i emocjonalna.
W efekcie film wypada dobrze, pod warunkiem zaakceptowania dość naiwnej, ale poruszającej historii oraz musicalowej otoczki. Skupia się na bardziej przyziemnych sprawach niż poprzednik, który również poruszał wiele problemów społecznych, ale w bardziej subtelny sposób.
Wersja z 1961 roku to dla mnie 9/10, film Spielberga 8/10.
P.S. W oryginale pojawia się dwóch aktorów z Twin Peaks Lyncha, z czego zdałem sobie sprawę dopiero po seansie, sprawdzając obsadę. W trakcie seansu wydawało mi się, że skądś ich znam, ale nie mogłem skojarzyć twarzy.
Dom Gucci
Ciekawa historia opowiedziana w sposób zupełnie nieangażujący i nieciekawy, ale za to decorum pierwszorzędne. Scotta interesowało tutaj to, co Szaman określił jako "krótko z przodu, długo z tyłu i wąsy na przedzie". I pod tym względem jest to kapitalna robota! Szkoda tylko, że film tak się dłuży i ostatecznie przynudza.
Ale i tak 7/10
Cytat z Fandorin data 12 grudnia, 2021, 14:32A tak, nawiązanie do Kazika oczywiste, ale w tym kontekście użyte przez Ciebie.
A tak, nawiązanie do Kazika oczywiste, ale w tym kontekście użyte przez Ciebie.
Cytat z Janko data 15 grudnia, 2021, 19:54West Side Story
Uroczo staroświecki film, cholera Spielberg zachował nawet muzykę Leonarda Bernsteina, ciekawe uczucie gdy oglądasz film z 2021 roku z charakterystyczna partyturą lat 60. XX wieku. Zgadzam się z Fandorinem, że pod względem technicznym to majstersztyk, a postać Anity znowu najciekawsza i najlepiej zagrana. Tylko dalej nie wiem po co ten film powstał, skoro nic wielkiego nie wnosi porównując do filmu Wise'a. Z drugiej strony odmówić solidności nie sposób. Jedną rzecz na pewno lepiej robi od oryginału: Latynosów grają Latynosi a nie Amerykanie z samoopalaczem (wyjątkiem była Rita Moreno i statyści).
Jednak brak tłumaczenia hiszpańskich dialogów obowiązuje nie tylko w USA, ale na całym świecie (ciekawe jak te kwestię rozwiązali w krajach, które stosują dubbing). Nie jest to jednak żaden problem, raz, że nie ma tego specjalnie dużo, dwa można załapać z kontekstu o czym mówią.
West Side Story
Uroczo staroświecki film, cholera Spielberg zachował nawet muzykę Leonarda Bernsteina, ciekawe uczucie gdy oglądasz film z 2021 roku z charakterystyczna partyturą lat 60. XX wieku. Zgadzam się z Fandorinem, że pod względem technicznym to majstersztyk, a postać Anity znowu najciekawsza i najlepiej zagrana. Tylko dalej nie wiem po co ten film powstał, skoro nic wielkiego nie wnosi porównując do filmu Wise'a. Z drugiej strony odmówić solidności nie sposób. Jedną rzecz na pewno lepiej robi od oryginału: Latynosów grają Latynosi a nie Amerykanie z samoopalaczem (wyjątkiem była Rita Moreno i statyści).
Jednak brak tłumaczenia hiszpańskich dialogów obowiązuje nie tylko w USA, ale na całym świecie (ciekawe jak te kwestię rozwiązali w krajach, które stosują dubbing). Nie jest to jednak żaden problem, raz, że nie ma tego specjalnie dużo, dwa można załapać z kontekstu o czym mówią.
Cytat z Szaman data 19 grudnia, 2021, 10:01King Richard
Totalnie od linijki, ogląda się to jak jakieś wykopaliska z lat 90-tych, ale wątpię czy nawet wtedy byłby hitem kasowym. Dobrze, że Bernthal wszedł, bo mi się już głowa kiwała. Jest to solidnie zagrane, chociaż w moim odczuciu dziewczynki grające córki były kompletnie bezbarwne i zlewały się w jedną masę, nawet Venus i Serena.
Czy mam poczucie, że to szczyt aktorskiej kariery Smitha? Raczej nie, miałem takie poczucie po Alim.
Takie 6/10 bez przekonania, spokojnie dałoby się wyciąć z tego ze 20 minut.
King Richard
Totalnie od linijki, ogląda się to jak jakieś wykopaliska z lat 90-tych, ale wątpię czy nawet wtedy byłby hitem kasowym. Dobrze, że Bernthal wszedł, bo mi się już głowa kiwała. Jest to solidnie zagrane, chociaż w moim odczuciu dziewczynki grające córki były kompletnie bezbarwne i zlewały się w jedną masę, nawet Venus i Serena.
Czy mam poczucie, że to szczyt aktorskiej kariery Smitha? Raczej nie, miałem takie poczucie po Alim.
Takie 6/10 bez przekonania, spokojnie dałoby się wyciąć z tego ze 20 minut.
Cytat z robgordon data 19 grudnia, 2021, 10:38Detektyw małolat
Sympatyczny i dość nietypowy kryminał/dramat/komedia? Pomysł wyjściowy jest dość oryginalny. Adam Brody gra detektywa, który lokalną sławę zdobył będąc nastolatkiem. Rozwiązał wtedy mnóstwo drobnych spraw "kryminalnych". Od tego czasu jednak wiele się zmieniło, dorosłość nie jest już taka różowa. Dostaje jednak nowe, poważnie zadanie.
Nie jest to film, który trzeba zobaczyć obowiązkowo. Ale ma dobry klimat (wyczuwałem inspirację klasycznym kryminałem amerykańskim), rozwiązanie zagadki jest satysfakcjonujące, ekipa aktorska daje radę (a jest prawie kompletnie poza Brodym nieznana). Warto zerknąć w wolnej chwili. Dostępny na HBO GO.
Detektyw małolat
Sympatyczny i dość nietypowy kryminał/dramat/komedia? Pomysł wyjściowy jest dość oryginalny. Adam Brody gra detektywa, który lokalną sławę zdobył będąc nastolatkiem. Rozwiązał wtedy mnóstwo drobnych spraw "kryminalnych". Od tego czasu jednak wiele się zmieniło, dorosłość nie jest już taka różowa. Dostaje jednak nowe, poważnie zadanie.
Nie jest to film, który trzeba zobaczyć obowiązkowo. Ale ma dobry klimat (wyczuwałem inspirację klasycznym kryminałem amerykańskim), rozwiązanie zagadki jest satysfakcjonujące, ekipa aktorska daje radę (a jest prawie kompletnie poza Brodym nieznana). Warto zerknąć w wolnej chwili. Dostępny na HBO GO.
Cytat z Szaman data 19 grudnia, 2021, 10:44Od dawna miałem go zobaczyć, bo polecała go ekipa z Red Letter Media którą bardzo lubię. Jak już teraz podsunęli mi pod nos, to na pewno zerknę.
Od dawna miałem go zobaczyć, bo polecała go ekipa z Red Letter Media którą bardzo lubię. Jak już teraz podsunęli mi pod nos, to na pewno zerknę.
Cytat z Szaman data 20 grudnia, 2021, 20:15Swan Song (2021)
Strasznie tutaj zimno jak na film o stracie, odebraniu przez los miłości, dzieci, własnego życia. Zimno jak na obraz w trakcie którego musimy wejść z butami w czyjąś głowę, zwłaszcza w temacie który staje się jakoś dla mnie z wiekiem coraz bardziej niewygodny. Przyznam szczerze, że coraz bardziej wiercę się z niepokojem na filmach o rakach, chorobach i tego typu rzeczach. Tutaj jednak wszystko tworzy dystans wobec filmu: oświetlenie, scenografia, muzyka i ciężko jest cokolwiek poczuć.
Potencjał był większy niż na przeciągnięty odcinek Black Mirror. Pokazuje to chociażby scena w której klon i oryginał wyrzucają sobie własne błędy z przeszłości, tak jakby rozgrywając zewnętrzny rachunek sumienia. Ale niewiele tutaj tego typu pomysłów. Mahershala dobry, ale nie jest to podwójna rola jaką kochają aktorzy, gra jednego faceta który czasem pokłóci się sam ze sobą na oczach widzów. Dosłownie sam ze sobą.
5/10
Swan Song (2021)
Strasznie tutaj zimno jak na film o stracie, odebraniu przez los miłości, dzieci, własnego życia. Zimno jak na obraz w trakcie którego musimy wejść z butami w czyjąś głowę, zwłaszcza w temacie który staje się jakoś dla mnie z wiekiem coraz bardziej niewygodny. Przyznam szczerze, że coraz bardziej wiercę się z niepokojem na filmach o rakach, chorobach i tego typu rzeczach. Tutaj jednak wszystko tworzy dystans wobec filmu: oświetlenie, scenografia, muzyka i ciężko jest cokolwiek poczuć.
Potencjał był większy niż na przeciągnięty odcinek Black Mirror. Pokazuje to chociażby scena w której klon i oryginał wyrzucają sobie własne błędy z przeszłości, tak jakby rozgrywając zewnętrzny rachunek sumienia. Ale niewiele tutaj tego typu pomysłów. Mahershala dobry, ale nie jest to podwójna rola jaką kochają aktorzy, gra jednego faceta który czasem pokłóci się sam ze sobą na oczach widzów. Dosłownie sam ze sobą.
5/10
Cytat z Marek Pilarski data 22 grudnia, 2021, 00:03West Side Story (2021)
Nie znam oryginału, nie widziałem pierwszej adaptacji, więc nie wiem, jakie zmiany w stosunku do nich wprowadzili Spielberg i Kushner. Dla mnie ten film ma trzy wady, w tym dwie znaczące. Po pierwsze, ciężko przyszło mi nie skrzywić się podczas dance-offie dwóch gangów na balu szkolnym, nawet biorąc pod uwagę musicalową konwencję tego filmu. Ale to drobnostka. Później całość rozkręca się na dobre i osiąga swój szczyt wraz z utworem "America", który jest najlepszym moim zdaniem momentem filmu, a w jego centrum bryluje Ariana DeBose, która wygląda jak miliona dolarów i wywołuje ogromnego banana na twarzy. Jej rola jest chyba także najlepiej napisana. Anita w jej wykonaniu jest niezwykle charyzmatyczna i charakterna, ale ma także możliwość pokazać się z innej, bardzo dramatycznej strony. To właśnie scena pod koniec z jej udziałem uderza najmocniej. Co do tych dwóch głównych wad - czuję niedosyt jeżeli chodzi o ideę całości, a raczej o to, że ostatecznie nie udało się jej odpwiednio mocno i wyraziście wybrzmieć. Po drugie - tego typu prostą i jednak dość naiwną historię miłosną ciężko w dzisiejszych czasach sprzedać w wiarygodny i emocjonalnie angażujący sposób, mimo starań Zegler, która jest diamentem, choć jeszcze nie do końca oszlifowanym, i Elgorta, wobec którego nie miałem zbyt dużych oczekiwań, i który ostatecznie pozytywnie mnie zaskoczył. Czuć między nimi chemię, ale to, jak historia Marii i Tony'ego jest opowiedziana, nie pomaga. Ciężko też zrozumieć zachowanie jednej z tych postaci po punkcie kulminacyjnym, które można byłoby tłumaczyć ewentualnie młodzieńczą głupotą i naiwnością, ale nawet w ramach gatunku, w który zapakowana jest ta historia, nie jest to łatwe. Świetny jest David Alvarez, który dotrzymuje kroku Arianie DeBose, a w mniejszych rolach bardzo dobrze wypadają także Mike Faist, Rita Moreno czy nawet Corey Stoll. Z realizacyjnego punktu widzenia ciężko tu się do czegoś przyczepić, choć myślę, że zdjęcia Kamińskiego robią naprawdę duże wrażenie tylko w niektórych scenach.
6,5/10
West Side Story (2021)
Nie znam oryginału, nie widziałem pierwszej adaptacji, więc nie wiem, jakie zmiany w stosunku do nich wprowadzili Spielberg i Kushner. Dla mnie ten film ma trzy wady, w tym dwie znaczące. Po pierwsze, ciężko przyszło mi nie skrzywić się podczas dance-offie dwóch gangów na balu szkolnym, nawet biorąc pod uwagę musicalową konwencję tego filmu. Ale to drobnostka. Później całość rozkręca się na dobre i osiąga swój szczyt wraz z utworem "America", który jest najlepszym moim zdaniem momentem filmu, a w jego centrum bryluje Ariana DeBose, która wygląda jak miliona dolarów i wywołuje ogromnego banana na twarzy. Jej rola jest chyba także najlepiej napisana. Anita w jej wykonaniu jest niezwykle charyzmatyczna i charakterna, ale ma także możliwość pokazać się z innej, bardzo dramatycznej strony. To właśnie scena pod koniec z jej udziałem uderza najmocniej. Co do tych dwóch głównych wad - czuję niedosyt jeżeli chodzi o ideę całości, a raczej o to, że ostatecznie nie udało się jej odpwiednio mocno i wyraziście wybrzmieć. Po drugie - tego typu prostą i jednak dość naiwną historię miłosną ciężko w dzisiejszych czasach sprzedać w wiarygodny i emocjonalnie angażujący sposób, mimo starań Zegler, która jest diamentem, choć jeszcze nie do końca oszlifowanym, i Elgorta, wobec którego nie miałem zbyt dużych oczekiwań, i który ostatecznie pozytywnie mnie zaskoczył. Czuć między nimi chemię, ale to, jak historia Marii i Tony'ego jest opowiedziana, nie pomaga. Ciężko też zrozumieć zachowanie jednej z tych postaci po punkcie kulminacyjnym, które można byłoby tłumaczyć ewentualnie młodzieńczą głupotą i naiwnością, ale nawet w ramach gatunku, w który zapakowana jest ta historia, nie jest to łatwe. Świetny jest David Alvarez, który dotrzymuje kroku Arianie DeBose, a w mniejszych rolach bardzo dobrze wypadają także Mike Faist, Rita Moreno czy nawet Corey Stoll. Z realizacyjnego punktu widzenia ciężko tu się do czegoś przyczepić, choć myślę, że zdjęcia Kamińskiego robią naprawdę duże wrażenie tylko w niektórych scenach.
6,5/10
Cytat z Kuba data 22 grudnia, 2021, 12:17Being Ricardos
Sorkin rozczarował. To jego najgorszy, najsłabiej wybrzmiewający, momentami wręcz bełkotliwy, skrypt. Jednocześnie chyba ostateczne potwierdzenie, że "Molly's Game" było wypadkiem przy pracy i Sorkin sam w sobie nie jest dobrym reżyserem, najlepiej by zrobił oddając je znowu takim twórcom jak Boyle.
Drzemie tu przynajmniej kilka dobrych opowieści: o małżeństwie, procesie twórczym, komisji, pomówieniach. Najlepiej wypada część skupiająca się na głównej bohaterce i jej marzeniach, nie do końca spełnionych ambicjach i walce z przeciwnościami. Nie jest idealnie, nie porusza jak powinno, ale to jest jakoś konsekwentnie opowiadane pomimo braku dobrej klamry. Cała reszta jest niestety powierzchowna, poszatkowana i poskładana w niezbyt spójna i przekonywującą całość. Co gorsza - Sorkin nigdy jeszcze nie napisał tak słabych dialogów. Jasne, one są porządne i momentami wchodzi typowe dla niego flow, ale regres w porównaniu do jego poprzednich tekstów jest wielki i zaskakujący. Brakuje temu życia, błyskotliwości i pasji. A aktorzy przecież robią co w ich mocy, na czele z rewelacyjna Kidman która w pełni zasługuje na uznanie i nieco gorszym - mającym jednak gorszy materiał - nadal jednak bardzo dobrym Bardemem.
Realizacyjnie jest poprawnie. Operatorka bez wyrazu, scenografię w porządku, muzyka sobie w tle pogrywa. Sorkin, niczym jeden filmowy reżyser, nie czuje "fizycznej komedii", nie umie też budować reżysersko emocji, napięcia czy poprawnie inscenizowac scen. Idzie mu coraz gorzej, nawet patetyczne zakończenie jest znacznie gorsze niż to nieporozumienie w finale poprzednika.
Z bólem serca 5/10
Being Ricardos
Sorkin rozczarował. To jego najgorszy, najsłabiej wybrzmiewający, momentami wręcz bełkotliwy, skrypt. Jednocześnie chyba ostateczne potwierdzenie, że "Molly's Game" było wypadkiem przy pracy i Sorkin sam w sobie nie jest dobrym reżyserem, najlepiej by zrobił oddając je znowu takim twórcom jak Boyle.
Drzemie tu przynajmniej kilka dobrych opowieści: o małżeństwie, procesie twórczym, komisji, pomówieniach. Najlepiej wypada część skupiająca się na głównej bohaterce i jej marzeniach, nie do końca spełnionych ambicjach i walce z przeciwnościami. Nie jest idealnie, nie porusza jak powinno, ale to jest jakoś konsekwentnie opowiadane pomimo braku dobrej klamry. Cała reszta jest niestety powierzchowna, poszatkowana i poskładana w niezbyt spójna i przekonywującą całość. Co gorsza - Sorkin nigdy jeszcze nie napisał tak słabych dialogów. Jasne, one są porządne i momentami wchodzi typowe dla niego flow, ale regres w porównaniu do jego poprzednich tekstów jest wielki i zaskakujący. Brakuje temu życia, błyskotliwości i pasji. A aktorzy przecież robią co w ich mocy, na czele z rewelacyjna Kidman która w pełni zasługuje na uznanie i nieco gorszym - mającym jednak gorszy materiał - nadal jednak bardzo dobrym Bardemem.
Realizacyjnie jest poprawnie. Operatorka bez wyrazu, scenografię w porządku, muzyka sobie w tle pogrywa. Sorkin, niczym jeden filmowy reżyser, nie czuje "fizycznej komedii", nie umie też budować reżysersko emocji, napięcia czy poprawnie inscenizowac scen. Idzie mu coraz gorzej, nawet patetyczne zakończenie jest znacznie gorsze niż to nieporozumienie w finale poprzednika.
Z bólem serca 5/10
Cytat z Kuba data 25 grudnia, 2021, 11:32Don't Look Up
Nie jest to zły film. To ważny film, bardzo potrzebny i istotny. Pod pewnymi względami czuje pewne wyrzuty czepiając się jego filmowych bolączek bo naprawdę szanuje misje której podjął się tutaj McKay. Cały film jest niekontrolowanym krzykiem desperacji i furii, krzykiem potrzebnym. Jeśli chociaż jedna osoba zacznie bardziej interesowac się zmianami klimatu po tym filmie - będzie warto.
Niemniej...filmowo jest to strasznie problematyczna produkcja. Przede wszystkim McKay stał się niewolnikiem swojego stylu i formy. Coś co było świeże i świetnie działało przy "Big Short" tu jest zupełnie nieefektywne a nawet niezbyt efektowne. Brakuje temu błysku i płynności, mam wręcz wrażenie, że McKay dawno się znudził i zmęczył własną formą. Nie dziwi mnie to, mnie styl tworzenia produkcji na wzór Big Short zmęczył po Big Short. Mówię tu też o wszystkich twórcach którzy się zapatrzyli w McKaya ("Bombshell").
Jak wiele by ten film zyskał gdyby nie zmuszał się do irytujących zabaw montażem, wrzucania miliona pseudo dokumentalnych ujęć a przede wszystkim gdyby darował sobie żarciki i najprostsza satyre która z jakiegoś powodu przez większą część filmu przyjmuje postać nastoletniego przedrzeźnianie i śmiania się z debili. Brakuje tu dialogu między stronami, próby jakiegokolwiek zrozumienia i konstruktywnego rozbicia poglądów "drugiej strony". Przez co całość raczej nudzi i nie jest merytorycznie zbyt interesującą, na dodatek Adam literalnie co moment daje łopatą w mordę widzowi, głównie za sprawą tragicznej postaci Hilla.
Są tu jednak dobre sceny, fajne momenty i mnóstwo konkretnych dobrych tropów. Nie wyobrażam sobie jednak aby traktować ten film jako czegokolwiek innego niż misje. Aż szkoda, że McKay postawił na filmowa i prostą metaforę komety. Niektóre decyzję jednak cieszą, zwłaszcza finał.
Aktorsko jest dobrze zazwyczaj. Leo gra nieco świeża rolę, jest fenomenalny. Lawrence daje radę, Blanchett świetnie się bawi a Hill daje z siebie co może przy tej tragicznej postaci. Meryl niestety tylko jest, za to Rylance jest fatalny, tragiczny. Cameo Evansa szczyt bezbecji. Chalamet najdroższym statystą roku.
Don't Look Up
Nie jest to zły film. To ważny film, bardzo potrzebny i istotny. Pod pewnymi względami czuje pewne wyrzuty czepiając się jego filmowych bolączek bo naprawdę szanuje misje której podjął się tutaj McKay. Cały film jest niekontrolowanym krzykiem desperacji i furii, krzykiem potrzebnym. Jeśli chociaż jedna osoba zacznie bardziej interesowac się zmianami klimatu po tym filmie - będzie warto.
Niemniej...filmowo jest to strasznie problematyczna produkcja. Przede wszystkim McKay stał się niewolnikiem swojego stylu i formy. Coś co było świeże i świetnie działało przy "Big Short" tu jest zupełnie nieefektywne a nawet niezbyt efektowne. Brakuje temu błysku i płynności, mam wręcz wrażenie, że McKay dawno się znudził i zmęczył własną formą. Nie dziwi mnie to, mnie styl tworzenia produkcji na wzór Big Short zmęczył po Big Short. Mówię tu też o wszystkich twórcach którzy się zapatrzyli w McKaya ("Bombshell").
Jak wiele by ten film zyskał gdyby nie zmuszał się do irytujących zabaw montażem, wrzucania miliona pseudo dokumentalnych ujęć a przede wszystkim gdyby darował sobie żarciki i najprostsza satyre która z jakiegoś powodu przez większą część filmu przyjmuje postać nastoletniego przedrzeźnianie i śmiania się z debili. Brakuje tu dialogu między stronami, próby jakiegokolwiek zrozumienia i konstruktywnego rozbicia poglądów "drugiej strony". Przez co całość raczej nudzi i nie jest merytorycznie zbyt interesującą, na dodatek Adam literalnie co moment daje łopatą w mordę widzowi, głównie za sprawą tragicznej postaci Hilla.
Są tu jednak dobre sceny, fajne momenty i mnóstwo konkretnych dobrych tropów. Nie wyobrażam sobie jednak aby traktować ten film jako czegokolwiek innego niż misje. Aż szkoda, że McKay postawił na filmowa i prostą metaforę komety. Niektóre decyzję jednak cieszą, zwłaszcza finał.
Aktorsko jest dobrze zazwyczaj. Leo gra nieco świeża rolę, jest fenomenalny. Lawrence daje radę, Blanchett świetnie się bawi a Hill daje z siebie co może przy tej tragicznej postaci. Meryl niestety tylko jest, za to Rylance jest fatalny, tragiczny. Cameo Evansa szczyt bezbecji. Chalamet najdroższym statystą roku.
Cytat z Marek Pilarski data 25 grudnia, 2021, 12:49Sceny ze Streep i Hillem jakby z innego filmu, czy w sumie nawet bardziej z nieśmiesznego skeczu w SNL. Adam robi sobie wtedy po prostu dobrze przez jechanie po "głupich republikanach", a przynajmniej takie wrażenie odniosłem.
Sceny ze Streep i Hillem jakby z innego filmu, czy w sumie nawet bardziej z nieśmiesznego skeczu w SNL. Adam robi sobie wtedy po prostu dobrze przez jechanie po "głupich republikanach", a przynajmniej takie wrażenie odniosłem.
Cytat z Kuba data 25 grudnia, 2021, 12:505 lat śmiania się z trumpowców nawet mnie już się ciutke przelało. Zwłaszcza kiedy jest to na tak żenująco prostym poziomie.
5 lat śmiania się z trumpowców nawet mnie już się ciutke przelało. Zwłaszcza kiedy jest to na tak żenująco prostym poziomie.
Cytat z Kuba data 26 grudnia, 2021, 11:21The French Dispatch
Rozczarowań ciąg dalszy.
Film ten jest pod względem artystycznym, wizualnym...cudowny. Naprawdę przepiękny i mogący zachwycić. Szkoda tylko, że jednocześnie jest wydmuszką i przesadzoną popisówą. Wygląda jakby Anderson i jego ekipa zlekceważyli historię, odkręcili hamulce i zdecydowali, że udowodnią jak bardzo wyprzedzają kolegów w kwestii technicznych zdolności. No, wyprzedzają, to fakt. Gdyby historia i postaci były w połowie tak dobre jak forma...
Ale nie są. Pierwsza nowelka może się podobać, pozostałe są tragiczne. Bełkotliwe, nudne, pozbawione uczuć i niemożliwe aby się w nie jakkolwiek zaangażować. Bohaterowie skrajnie nijacy. Humor powtarzalny, przewidywalny. To wszystko już gdzieś widziałem, w znacznie zgrabniejszym, bardziej eleganckim wydaniu. Tutaj nawet te przesadnie kwieciste dialogi przestają bawić przed połową filmu.
Tak jak bohaterowie nie istnieją, tak część aktorów robi co może. Brody, najlepsza rola, jest fenomenalny. Super wypadają też Tilda, Wright i del Toro. Reszta jest słaba lub w porządku, ale mało kto ma tu właściwie coś do grania. Chalamet po odebraniu czeku u McKaya tutaj ma szansę pograć coś nieco innego i fajnie wypada. McDormand przejeżdża niestety cały fragment na autopilocie. Na Dafoe fajnie popatrzeć w tych paru ujęciach.
Szkoda takiej formy, wielka szkoda.
4/10
The French Dispatch
Rozczarowań ciąg dalszy.
Film ten jest pod względem artystycznym, wizualnym...cudowny. Naprawdę przepiękny i mogący zachwycić. Szkoda tylko, że jednocześnie jest wydmuszką i przesadzoną popisówą. Wygląda jakby Anderson i jego ekipa zlekceważyli historię, odkręcili hamulce i zdecydowali, że udowodnią jak bardzo wyprzedzają kolegów w kwestii technicznych zdolności. No, wyprzedzają, to fakt. Gdyby historia i postaci były w połowie tak dobre jak forma...
Ale nie są. Pierwsza nowelka może się podobać, pozostałe są tragiczne. Bełkotliwe, nudne, pozbawione uczuć i niemożliwe aby się w nie jakkolwiek zaangażować. Bohaterowie skrajnie nijacy. Humor powtarzalny, przewidywalny. To wszystko już gdzieś widziałem, w znacznie zgrabniejszym, bardziej eleganckim wydaniu. Tutaj nawet te przesadnie kwieciste dialogi przestają bawić przed połową filmu.
Tak jak bohaterowie nie istnieją, tak część aktorów robi co może. Brody, najlepsza rola, jest fenomenalny. Super wypadają też Tilda, Wright i del Toro. Reszta jest słaba lub w porządku, ale mało kto ma tu właściwie coś do grania. Chalamet po odebraniu czeku u McKaya tutaj ma szansę pograć coś nieco innego i fajnie wypada. McDormand przejeżdża niestety cały fragment na autopilocie. Na Dafoe fajnie popatrzeć w tych paru ujęciach.
Szkoda takiej formy, wielka szkoda.
4/10
Cytat z Mierzwiak data 26 grudnia, 2021, 22:12Don't Look Up
Oczywisty i płytki w warstwie satyrycznej, nieśmieszny, często po prostu nietrafiony jako komedia. Najlepsze sceny czy momenty to te, w których na pierwszy plan wychodzi szczere ukazanie ludzkich reakcji i relacji. Końcowa scena przy stole znaczy i mówi tu więcej niż koszmarne występy Streep i Hilla czy rakotwórczy popis Rylance'a.
Don't Look Up
Oczywisty i płytki w warstwie satyrycznej, nieśmieszny, często po prostu nietrafiony jako komedia. Najlepsze sceny czy momenty to te, w których na pierwszy plan wychodzi szczere ukazanie ludzkich reakcji i relacji. Końcowa scena przy stole znaczy i mówi tu więcej niż koszmarne występy Streep i Hilla czy rakotwórczy popis Rylance'a.
Cytat z Mierzwiak data 27 grudnia, 2021, 18:25Cytat z robgordon data grudzień 19, 2021, 10:38Detektyw małolat
Nie jest to film, który trzeba zobaczyć obowiązkowo.
Według mnie trzeba, bo takie perełki są na wagę złota 🙂 No jasne że nie jest to żadne arcydzieło, ale osobiście bardzo lubię takie małe filmy.
Ten jest udany w każdym calu. Podobał mi się balans na granicy poważnego kryminału i pastiszu, elementy komediowe (piękny motyw z szafą!) też udane. Świetny Brody.
Osobiście bardzo polecam.
Cytat z robgordon data grudzień 19, 2021, 10:38Detektyw małolat
Nie jest to film, który trzeba zobaczyć obowiązkowo.
Według mnie trzeba, bo takie perełki są na wagę złota 🙂 No jasne że nie jest to żadne arcydzieło, ale osobiście bardzo lubię takie małe filmy.
Ten jest udany w każdym calu. Podobał mi się balans na granicy poważnego kryminału i pastiszu, elementy komediowe (piękny motyw z szafą!) też udane. Świetny Brody.
Osobiście bardzo polecam.
