Opinie o filmach
Cytat z Mierzwiak data 11 grudnia, 2022, 12:11Zdecydowanie, powiedziałbym że estetycznie EEAAO to jeden z bardziej wyrazistych filmów ostatnich lat, chwilami będacy wręc atakiem na zmysły. Fakt że od takiego filmu można się odbić jest jak najbardziej zrozumiały 🙂
Pozostając w kręgach sci-fi, naszło mnie wczoraj na powtórkę Interstellar i o ile z kina wyszedłem z mieszanymi uczuciami, tak na przestrzeni lat zakochałem się w filmie Nolana i z każdym kolejnym seansem jest on dla mnie fantastycznym doświadczeniem. Nie brakuje w nim głupot i topornej, całkowicie zbędnej ekspozycji tłumaczacej widzom rzeczy, które albo już są jasne, albo byłyby takie gdyby tylko dano im chwilę na zastanowienie się, ale jako wspomniane hard sci-fi, jako widowisko, jest to wielkie kino. No i technicznie film jest po prostu niesamowity - nic a nic się tu nie zestarzało i nigdy nie zestarzeje.
Znajduję go również bardzo poruszającym, a scena ze starą Murphy i młodym Cooperem wyciska mi łzy z oczu. Żaden inny film Nolana emocjonalnie nawet się do tego nie zbliżył.
Zdecydowanie, powiedziałbym że estetycznie EEAAO to jeden z bardziej wyrazistych filmów ostatnich lat, chwilami będacy wręc atakiem na zmysły. Fakt że od takiego filmu można się odbić jest jak najbardziej zrozumiały 🙂
Pozostając w kręgach sci-fi, naszło mnie wczoraj na powtórkę Interstellar i o ile z kina wyszedłem z mieszanymi uczuciami, tak na przestrzeni lat zakochałem się w filmie Nolana i z każdym kolejnym seansem jest on dla mnie fantastycznym doświadczeniem. Nie brakuje w nim głupot i topornej, całkowicie zbędnej ekspozycji tłumaczacej widzom rzeczy, które albo już są jasne, albo byłyby takie gdyby tylko dano im chwilę na zastanowienie się, ale jako wspomniane hard sci-fi, jako widowisko, jest to wielkie kino. No i technicznie film jest po prostu niesamowity - nic a nic się tu nie zestarzało i nigdy nie zestarzeje.
Znajduję go również bardzo poruszającym, a scena ze starą Murphy i młodym Cooperem wyciska mi łzy z oczu. Żaden inny film Nolana emocjonalnie nawet się do tego nie zbliżył.
Cytat z robgordon data 11 grudnia, 2022, 12:56"Wszystko..." jest w warstwie obyczajowej bardzo dobre. Jednak skoro twórcy postanowili wykorzystać elementy multiwersum do opowiedzenia tej historii, to powinni się też postarać, by widz się w nim nie zagubił. Nie udało się to, a z biegiem minut ekranem coraz bardziej rządzi chaos. W konsekwencji widz próbując zrozumieć te wszystkie zawirowania odwraca się od tej części opowieści, która jest (powinna być) jej sercem. Matrix może nie jest do końca dobrym przykładem do porównania, z powodów o których wspomniał Mierzwiak. Więc przywołam inny. Trzyodcinkową opowieść obyczajową o upływie czasu, relacjach międzyludzkich, przyjaźni, szkole i przede wszystkim rodzinie. W której jednocześnie wykorzystano koncept (wielu) podróży w czasie, a także multiwersum. Przedstawiony on został (ten koncept) w prosty, zrozumiały i bardzo skuteczny sposób. Mam na myśli oczywiście Powrót do przyszłości. OK, wiem, to nie fair, bo to przecież arcydzieło gatunku. Ale jednak pokazuje jak wiele zabrakło twórcom "Wszystko..." do osiągnięcia właściwego efektu końcowego.
"Wszystko..." jest w warstwie obyczajowej bardzo dobre. Jednak skoro twórcy postanowili wykorzystać elementy multiwersum do opowiedzenia tej historii, to powinni się też postarać, by widz się w nim nie zagubił. Nie udało się to, a z biegiem minut ekranem coraz bardziej rządzi chaos. W konsekwencji widz próbując zrozumieć te wszystkie zawirowania odwraca się od tej części opowieści, która jest (powinna być) jej sercem. Matrix może nie jest do końca dobrym przykładem do porównania, z powodów o których wspomniał Mierzwiak. Więc przywołam inny. Trzyodcinkową opowieść obyczajową o upływie czasu, relacjach międzyludzkich, przyjaźni, szkole i przede wszystkim rodzinie. W której jednocześnie wykorzystano koncept (wielu) podróży w czasie, a także multiwersum. Przedstawiony on został (ten koncept) w prosty, zrozumiały i bardzo skuteczny sposób. Mam na myśli oczywiście Powrót do przyszłości. OK, wiem, to nie fair, bo to przecież arcydzieło gatunku. Ale jednak pokazuje jak wiele zabrakło twórcom "Wszystko..." do osiągnięcia właściwego efektu końcowego.
Cytat z Fandorin data 11 grudnia, 2022, 23:05Cytat z Szaman data grudzień 10, 2022, 20:58The Fabelmans (2022)
(...) to nie jest na pewno żadna laurka do kina (...)
No jednak jest. Sam Spielberg tak mówi w zapowiedzi, jaką puszczają przed filmem. Nie jest to na pewno laurka do Hollywood, bo tego w filmie właściwie nie ma. Oprócz świetnej ostatniej sceny z-wiadomo-kim*
A co do samego filmu, to bardzo mi się podobał. Spielberg z dużym wyczuciem, bez żadnego słodzenia pokazuje, jak relacje w jego rodzinie wpłynęły na jego twórczość. Nie ocenia, z pewnością nikogo nie oskarża, choć z dzisiejszego punktu widzenia wiele wydarzeń miało zdecydowanie "toksyczny" charakter. Próbuje zrozumieć racje wszystkich stron. Czy jest w tym obiektywny? Trudno powiedzieć, w końcu film nosi tytuł The Fabelmans, a nie The Spielbergs. Mi wydaje się wyjątkowo uczciwy i szczery. (Swoją drogą, czy kojarzycie Stevena z jakimiś nieprzyjemnymi sytuacjami. W Hollywood zjebów nie brakuje, a on zawsze kojarzył mi się wyjątkowo sympatycznie, pomimo swojej pozycji i statusu.)
W filmie jest pełno kapitalnych scen, choć całość mogłaby być ciut krótsza. No ale widocznie reżyserowi nie zależało aż tak bardzo na tempie, co na emocjach i nastroju. Chciał tę historię opowiedzieć na swoich warunkach, i trzeba przyznać, że udało mu się to znakomicie. Nominacja za reżyserię jak najbardziej się należy, a może i nawet statuetka. Mamy też pełno nawiązań, mrugnięć okiem (większości pewnie nawet nie wyłapałem), ale są one bardzo organicznie wplecione w historię. Realizacyjnie i aktorsko jest bardzo dobrze, może nie wybitnie, ale wszystkie elementy kinowego rzemiosła są na naprawdę wysokim poziomie. Aktorsko najbardziej wyrazista jest Williams, ale wynika to z faktu jak napisana jest ta rola. Niektórym może to przeszkadzać, ale coś czuję, że Akademii się spodoba.
I jeszcze takie skojarzenie: w filmie mamy konflikt duszy artystycznej (matka) i naukowej (ojciec). Z tego połączenia wyrósł właśnie Steven Spielberg. Największy artysta wśród rzemieślników i najlepszy rzemieślnik wśród artystów kina.
*no właśnie, wiadomo? ja byłem zaskoczony pojawieniem się [spoiler title=""]Davida Lyncha,[/spoiler] właściwie to na początku nawet go nie rozpoznałem. Pamiętam z jakichś tam niusów, że miał zagrać w tym filmie, ale chodzi mi o to, czy jest jakąś powszechną wiedzą pojawienie się TEJ osoby w TEJ roli, czy może raczej to nerdowskie skrzywienie internetowych baniek filmowych (a konkretnie Szamana)?
Cytat z Szaman data grudzień 10, 2022, 20:58The Fabelmans (2022)
(...) to nie jest na pewno żadna laurka do kina (...)
No jednak jest. Sam Spielberg tak mówi w zapowiedzi, jaką puszczają przed filmem. Nie jest to na pewno laurka do Hollywood, bo tego w filmie właściwie nie ma. Oprócz świetnej ostatniej sceny z-wiadomo-kim*
A co do samego filmu, to bardzo mi się podobał. Spielberg z dużym wyczuciem, bez żadnego słodzenia pokazuje, jak relacje w jego rodzinie wpłynęły na jego twórczość. Nie ocenia, z pewnością nikogo nie oskarża, choć z dzisiejszego punktu widzenia wiele wydarzeń miało zdecydowanie "toksyczny" charakter. Próbuje zrozumieć racje wszystkich stron. Czy jest w tym obiektywny? Trudno powiedzieć, w końcu film nosi tytuł The Fabelmans, a nie The Spielbergs. Mi wydaje się wyjątkowo uczciwy i szczery. (Swoją drogą, czy kojarzycie Stevena z jakimiś nieprzyjemnymi sytuacjami. W Hollywood zjebów nie brakuje, a on zawsze kojarzył mi się wyjątkowo sympatycznie, pomimo swojej pozycji i statusu.)
W filmie jest pełno kapitalnych scen, choć całość mogłaby być ciut krótsza. No ale widocznie reżyserowi nie zależało aż tak bardzo na tempie, co na emocjach i nastroju. Chciał tę historię opowiedzieć na swoich warunkach, i trzeba przyznać, że udało mu się to znakomicie. Nominacja za reżyserię jak najbardziej się należy, a może i nawet statuetka. Mamy też pełno nawiązań, mrugnięć okiem (większości pewnie nawet nie wyłapałem), ale są one bardzo organicznie wplecione w historię. Realizacyjnie i aktorsko jest bardzo dobrze, może nie wybitnie, ale wszystkie elementy kinowego rzemiosła są na naprawdę wysokim poziomie. Aktorsko najbardziej wyrazista jest Williams, ale wynika to z faktu jak napisana jest ta rola. Niektórym może to przeszkadzać, ale coś czuję, że Akademii się spodoba.
I jeszcze takie skojarzenie: w filmie mamy konflikt duszy artystycznej (matka) i naukowej (ojciec). Z tego połączenia wyrósł właśnie Steven Spielberg. Największy artysta wśród rzemieślników i najlepszy rzemieślnik wśród artystów kina.
*no właśnie, wiadomo? ja byłem zaskoczony pojawieniem się
Cytat z Marek Pilarski data 11 grudnia, 2022, 23:10Kurde, szkoda, że w Heliosach nie ma przedpremierowych... Teraz taka posucha w kinach, że bym zobaczył chętnie.
Kurde, szkoda, że w Heliosach nie ma przedpremierowych... Teraz taka posucha w kinach, że bym zobaczył chętnie.
Cytat z Szaman data 11 grudnia, 2022, 23:12Cytat z Fandorin data grudzień 11, 2022, 23:05Cytat z Szaman data grudzień 10, 2022, 20:58The Fabelmans (2022)
(...) to nie jest na pewno żadna laurka do kina (...)
No jednak jest. Sam Spielberg tak mówi w zapowiedzi, jaką puszczają przed filmem. Nie jest to na pewno laurka do Hollywood, bo tego w filmie właściwie nie ma. Oprócz świetnej ostatniej sceny z-wiadomo-kim*
A co do samego filmu, to bardzo mi się podobał. Spielberg z dużym wyczuciem, bez żadnego słodzenia pokazuje, jak relacje w jego rodzinie wpłynęły na jego twórczość. Nie ocenia, z pewnością nikogo nie oskarża, choć z dzisiejszego punktu widzenia wiele wydarzeń miało zdecydowanie "toksyczny" charakter. Próbuje zrozumieć racje wszystkich stron. Czy jest w tym obiektywny? Trudno powiedzieć, w końcu film nosi tytuł The Fabelmans, a nie The Spielbergs. Mi wydaje się wyjątkowo uczciwy i szczery. (Swoją drogą, czy kojarzycie Stevena z jakimiś nieprzyjemnymi sytuacjami. W Hollywood zjebów nie brakuje, a on zawsze kojarzył mi się wyjątkowo sympatycznie, pomimo swojej pozycji i statusu.)
W filmie jest pełno kapitalnych scen, choć całość mogłaby być ciut krótsza. No ale widocznie reżyserowi nie zależało aż tak bardzo na tempie, co na emocjach i nastroju. Chciał tę historię opowiedzieć na swoich warunkach, i trzeba przyznać, że udało mu się to znakomicie. Nominacja za reżyserię jak najbardziej się należy, a może i nawet statuetka. Mamy też pełno nawiązań, mrugnięć okiem (większości pewnie nawet nie wyłapałem), ale są one bardzo organicznie wplecione w historię. Realizacyjnie i aktorsko jest bardzo dobrze, może nie wybitnie, ale wszystkie elementy kinowego rzemiosła są na naprawdę wysokim poziomie. Aktorsko najbardziej wyrazista jest Williams, ale wynika to z faktu jak napisana jest ta rola. Niektórym może to przeszkadzać, ale coś czuję, że Akademii się spodoba.
I jeszcze takie skojarzenie: w filmie mamy konflikt duszy artystycznej (matka) i naukowej (ojciec). Z tego połączenia wyrósł właśnie Steven Spielberg. Największy artysta wśród rzemieślników i najlepszy rzemieślnik wśród artystów kina.
*no właśnie, wiadomo? ja byłem zaskoczony pojawieniem się [spoiler title=""]Davida Lyncha,[/spoiler] właściwie to na początku nawet go nie rozpoznałem. Pamiętam z jakichś tam niusów, że miał zagrać w tym filmie, ale chodzi mi o to, czy jest jakąś powszechną wiedzą pojawienie się TEJ osoby w TEJ roli, czy może raczej to nerdowskie skrzywienie internetowych baniek filmowych (a konkretnie Szamana)?
Były newsy, po premierze szybko rozeszło się kogo gra, ale w pełni zgadzam się, że jest do rozpoznania jedynie po głosie 🙂
Cytat z Fandorin data grudzień 11, 2022, 23:05Cytat z Szaman data grudzień 10, 2022, 20:58The Fabelmans (2022)
(...) to nie jest na pewno żadna laurka do kina (...)
No jednak jest. Sam Spielberg tak mówi w zapowiedzi, jaką puszczają przed filmem. Nie jest to na pewno laurka do Hollywood, bo tego w filmie właściwie nie ma. Oprócz świetnej ostatniej sceny z-wiadomo-kim*
A co do samego filmu, to bardzo mi się podobał. Spielberg z dużym wyczuciem, bez żadnego słodzenia pokazuje, jak relacje w jego rodzinie wpłynęły na jego twórczość. Nie ocenia, z pewnością nikogo nie oskarża, choć z dzisiejszego punktu widzenia wiele wydarzeń miało zdecydowanie "toksyczny" charakter. Próbuje zrozumieć racje wszystkich stron. Czy jest w tym obiektywny? Trudno powiedzieć, w końcu film nosi tytuł The Fabelmans, a nie The Spielbergs. Mi wydaje się wyjątkowo uczciwy i szczery. (Swoją drogą, czy kojarzycie Stevena z jakimiś nieprzyjemnymi sytuacjami. W Hollywood zjebów nie brakuje, a on zawsze kojarzył mi się wyjątkowo sympatycznie, pomimo swojej pozycji i statusu.)
W filmie jest pełno kapitalnych scen, choć całość mogłaby być ciut krótsza. No ale widocznie reżyserowi nie zależało aż tak bardzo na tempie, co na emocjach i nastroju. Chciał tę historię opowiedzieć na swoich warunkach, i trzeba przyznać, że udało mu się to znakomicie. Nominacja za reżyserię jak najbardziej się należy, a może i nawet statuetka. Mamy też pełno nawiązań, mrugnięć okiem (większości pewnie nawet nie wyłapałem), ale są one bardzo organicznie wplecione w historię. Realizacyjnie i aktorsko jest bardzo dobrze, może nie wybitnie, ale wszystkie elementy kinowego rzemiosła są na naprawdę wysokim poziomie. Aktorsko najbardziej wyrazista jest Williams, ale wynika to z faktu jak napisana jest ta rola. Niektórym może to przeszkadzać, ale coś czuję, że Akademii się spodoba.
I jeszcze takie skojarzenie: w filmie mamy konflikt duszy artystycznej (matka) i naukowej (ojciec). Z tego połączenia wyrósł właśnie Steven Spielberg. Największy artysta wśród rzemieślników i najlepszy rzemieślnik wśród artystów kina.
*no właśnie, wiadomo? ja byłem zaskoczony pojawieniem się
właściwie to na początku nawet go nie rozpoznałem. Pamiętam z jakichś tam niusów, że miał zagrać w tym filmie, ale chodzi mi o to, czy jest jakąś powszechną wiedzą pojawienie się TEJ osoby w TEJ roli, czy może raczej to nerdowskie skrzywienie internetowych baniek filmowych (a konkretnie Szamana)?SpoilerDavida Lyncha,
Były newsy, po premierze szybko rozeszło się kogo gra, ale w pełni zgadzam się, że jest do rozpoznania jedynie po głosie 🙂
Cytat z Fandorin data 11 grudnia, 2022, 23:16Ok, dzięki. Nie śledzę zbyt pilnie wszystkich newsów, dzięki temu spotykają mnie takie niespodzianki 🙂
Ok, dzięki. Nie śledzę zbyt pilnie wszystkich newsów, dzięki temu spotykają mnie takie niespodzianki 🙂
Cytat z Fandorin data 11 grudnia, 2022, 23:45Cytat z Marek Pilarski data grudzień 11, 2022, 23:10Kurde, szkoda, że w Heliosach nie ma przedpremierowych... Teraz taka posucha w kinach, że bym zobaczył chętnie.
Zawsze możesz iść na Dziwny świat. Albo lepiej nie 😛
To taka bezpieczna, ugładzona animacja z morałem, za to bez żadnej iskry, że aż oczy bolą. Niby wszystko jest ok, mamy sympatycznych bohaterów (ale kompletnie nijakich), ciekawy, kolorowy świat (ale zupełnie niewykorzystany), zaskakujący twist (który nikogo nie obchodzi), mądre przesłanie (ale strasznie przesłodzone), ale wszystko to jakieś takie apatyczne, bezpieczne do tego stopnia, że chyba sam Disney podgrzewa atmosferę wokół jednej z postaci, aby jakkolwiek wywołać szum wokół tego tytułu.
Cytat z Marek Pilarski data grudzień 11, 2022, 23:10Kurde, szkoda, że w Heliosach nie ma przedpremierowych... Teraz taka posucha w kinach, że bym zobaczył chętnie.
Zawsze możesz iść na Dziwny świat. Albo lepiej nie 😛
To taka bezpieczna, ugładzona animacja z morałem, za to bez żadnej iskry, że aż oczy bolą. Niby wszystko jest ok, mamy sympatycznych bohaterów (ale kompletnie nijakich), ciekawy, kolorowy świat (ale zupełnie niewykorzystany), zaskakujący twist (który nikogo nie obchodzi), mądre przesłanie (ale strasznie przesłodzone), ale wszystko to jakieś takie apatyczne, bezpieczne do tego stopnia, że chyba sam Disney podgrzewa atmosferę wokół jednej z postaci, aby jakkolwiek wywołać szum wokół tego tytułu.
Cytat z Janko data 12 grudnia, 2022, 19:11Pinokio od del Toro
Del Toro zawstydził Zemeckisa i jego nieszczęsną produkcję ze stajni Myszki Miki. I to mimo że jest ot najmniej wierna ekranizacja książki jaką widziałem. Serio wyciął tu oprawie wszystkie znane przygody Pinokia a akcję przeniósł do czasów faszystowskich Włoch. Mi to nie przeszkadza, a wszystkie zmiany współgrają ze stylem Meksykanina. Co prawda czasem chciałoby się więcej mroku, wjeżdżają tu nawet ze 2 piosenki, ale nie burzy to ogólnej kompozycji. Humor też dobrze wchodzi (scena z miną raczej by nie przeszła w Disneyu). Zakończenie poruszające. Ożywcze doświadczenie, po tak samo wyglądających animacjach konkurencji. Z rozmachu obejrzałem making of i jestem pełen podziwu dla pracy tych dziesiątek ludzi, która dała tak świetnie wyglądający efekt.
Pinokio od del Toro
Del Toro zawstydził Zemeckisa i jego nieszczęsną produkcję ze stajni Myszki Miki. I to mimo że jest ot najmniej wierna ekranizacja książki jaką widziałem. Serio wyciął tu oprawie wszystkie znane przygody Pinokia a akcję przeniósł do czasów faszystowskich Włoch. Mi to nie przeszkadza, a wszystkie zmiany współgrają ze stylem Meksykanina. Co prawda czasem chciałoby się więcej mroku, wjeżdżają tu nawet ze 2 piosenki, ale nie burzy to ogólnej kompozycji. Humor też dobrze wchodzi (scena z miną raczej by nie przeszła w Disneyu). Zakończenie poruszające. Ożywcze doświadczenie, po tak samo wyglądających animacjach konkurencji. Z rozmachu obejrzałem making of i jestem pełen podziwu dla pracy tych dziesiątek ludzi, która dała tak świetnie wyglądający efekt.
Cytat z Janko data 12 grudnia, 2022, 19:46Dzika noc (Violent night)
Trochę mniej hardkorowy Wirkola. Znalazł się nawet typowy, familijny wątek. Z drugiej strony pod względem brutalności nie ustępuje tak bardzo jego poprzednim filmom, kilka zgonów jest naprawdę fajnych i pomysłowych. Podoba mi się, że umiejętność Mikołaja w radzeniu sobie z bandziorami, nie jest wzięta z dupy, ale ma sens fabularny. Nic wielkiego, ale całkiem OK.
Dzika noc (Violent night)
Trochę mniej hardkorowy Wirkola. Znalazł się nawet typowy, familijny wątek. Z drugiej strony pod względem brutalności nie ustępuje tak bardzo jego poprzednim filmom, kilka zgonów jest naprawdę fajnych i pomysłowych. Podoba mi się, że umiejętność Mikołaja w radzeniu sobie z bandziorami, nie jest wzięta z dupy, ale ma sens fabularny. Nic wielkiego, ale całkiem OK.
Cytat z Fandorin data 20 grudnia, 2022, 19:09Biały szum
Trochę irytująca, trochę intrygująca mieszanka kilku filmów, różnych gatunków. Raz kameralnie, raz epicko. Trochę z Allena, trochę z McKaya i coś z Baumbacha. Zabrakło chyba dyscypliny, żeby tak dziwny materiał przełożyć na film. Ale ma niezłe momenty. Dobry Driver.
Biały szum
Trochę irytująca, trochę intrygująca mieszanka kilku filmów, różnych gatunków. Raz kameralnie, raz epicko. Trochę z Allena, trochę z McKaya i coś z Baumbacha. Zabrakło chyba dyscypliny, żeby tak dziwny materiał przełożyć na film. Ale ma niezłe momenty. Dobry Driver.
Cytat z Szaman data 25 grudnia, 2022, 09:19Knives Out: Glass Onion
Rian Johnson ma ogólnie swoje dwie ulubione fantazje. Pierwsza to zemsta mniejszości na białych bogaczach, reprezentowana np w ostatniej scenie poorzedniego Na noże. Tutaj jest podkręcona do potęgi n-tej. Druga to efektowne odrzucenie przeszłości, jakichś jej artefaktów, które mają chyba w zbiorze poglądów reżysera rezprezentować zerwanie z konserwatywnym myśleniem i otworzenie się na progresywność. Pełno tego w Last Jedi (zburzenie mitu Luke'a, Hana Solo w osobie Isaaca, palenie ksiąg Jedi, szarość Mocy), tutaj atakuje efektownie i z wielokrotną siłą.
Wizualizacja level up tych fantazji, zrobiona za ciężkie pieniądze nie dała mi jednak żadnej satysfakcji. Jeszcze gorzej, nic w tym filmie nie dało mi żadnej satysfakcji. Przez pierwszą godzinę poznajemy bohaterów granych przez aktorów obsadzonych dokładanie według ich emploi. Tak, Bautista znowu jest idiotą, resztę sobie dopowiedzcie. W dodatku te same informacje o nich, charakterystykę, pozy, dostajemy po dwa, trzy razy. Najpierw oddzielnie, poza grupą, a potem umieszczając ich w rajskim otoczeniu wyższych sfer. Miała to być chyba najzabawniejsza część filmu, ale nic mnie w tych johnsonowskich satyrach na bogaczy nie śmieszy. Są takie proste, twitterowe, wcale nie dają takiego przekonania, że ten bogaty facet który to napisał obraca się w ich środowisku, zna ich na wylot i ma ciekawsze spostrzeżenia niż szarzy Polacy przewalający fałdy grudniowego śniegu. Nie ma.
Po godzinie następuje ładna retrospekcja która jest jednak znowu za długa i film przez kolejną godzinę nie wiedzieć czemu kręci się w kólko wokół wydarzeń które już znamy. Po elementach komediowych to miała być godzina udowadniająca błyskotliwość materiału. Udowadnia, że Rian Johnson to niby taki skromny urzędnik bankowy, ale można mu pozazdrościć miłości własnej. Może gdyby film powstawał dla wielkiej, kinowej wytwórni to ktoś odważyłby się go przyciąć i skondensować.
Potem mam wrażenie zagadka rozwiązuje się na słowo honoru i plaster serwując najbardziej przewidywalne z zaskoczeń i następuje to coś na którym pewnie wielu klaszcze uszami. Mi nie sprawiło satysfakcji bo nie marzę o wymierzaniu kary, a cała sytuacja była hardkorową wersją tych idiotycznych akcji z [spoiler title=""] rzucaniem zupą w dzieła sztuki przez naszych dzielnych aktywistów [/spoiler] i mimo, że to "tylko film" pozostawiła mnie z nisamakiem. Sposób filmowania, celebracja, wskazywała, że jest to jakaś fantazja autora która miała sprawić olbrzymią radość widzom.
Do trójki będze musiał zaangażować Bruce'a Campbella, abym na nią spojrzał
4/10
Knives Out: Glass Onion
Rian Johnson ma ogólnie swoje dwie ulubione fantazje. Pierwsza to zemsta mniejszości na białych bogaczach, reprezentowana np w ostatniej scenie poorzedniego Na noże. Tutaj jest podkręcona do potęgi n-tej. Druga to efektowne odrzucenie przeszłości, jakichś jej artefaktów, które mają chyba w zbiorze poglądów reżysera rezprezentować zerwanie z konserwatywnym myśleniem i otworzenie się na progresywność. Pełno tego w Last Jedi (zburzenie mitu Luke'a, Hana Solo w osobie Isaaca, palenie ksiąg Jedi, szarość Mocy), tutaj atakuje efektownie i z wielokrotną siłą.
Wizualizacja level up tych fantazji, zrobiona za ciężkie pieniądze nie dała mi jednak żadnej satysfakcji. Jeszcze gorzej, nic w tym filmie nie dało mi żadnej satysfakcji. Przez pierwszą godzinę poznajemy bohaterów granych przez aktorów obsadzonych dokładanie według ich emploi. Tak, Bautista znowu jest idiotą, resztę sobie dopowiedzcie. W dodatku te same informacje o nich, charakterystykę, pozy, dostajemy po dwa, trzy razy. Najpierw oddzielnie, poza grupą, a potem umieszczając ich w rajskim otoczeniu wyższych sfer. Miała to być chyba najzabawniejsza część filmu, ale nic mnie w tych johnsonowskich satyrach na bogaczy nie śmieszy. Są takie proste, twitterowe, wcale nie dają takiego przekonania, że ten bogaty facet który to napisał obraca się w ich środowisku, zna ich na wylot i ma ciekawsze spostrzeżenia niż szarzy Polacy przewalający fałdy grudniowego śniegu. Nie ma.
Po godzinie następuje ładna retrospekcja która jest jednak znowu za długa i film przez kolejną godzinę nie wiedzieć czemu kręci się w kólko wokół wydarzeń które już znamy. Po elementach komediowych to miała być godzina udowadniająca błyskotliwość materiału. Udowadnia, że Rian Johnson to niby taki skromny urzędnik bankowy, ale można mu pozazdrościć miłości własnej. Może gdyby film powstawał dla wielkiej, kinowej wytwórni to ktoś odważyłby się go przyciąć i skondensować.
Potem mam wrażenie zagadka rozwiązuje się na słowo honoru i plaster serwując najbardziej przewidywalne z zaskoczeń i następuje to coś na którym pewnie wielu klaszcze uszami. Mi nie sprawiło satysfakcji bo nie marzę o wymierzaniu kary, a cała sytuacja była hardkorową wersją tych idiotycznych akcji z
Do trójki będze musiał zaangażować Bruce'a Campbella, abym na nią spojrzał
4/10
Cytat z Mierzwiak data 25 grudnia, 2022, 11:18Ostro!
Moje wrażenia z Glass Onion są znacznie bardziej pozytywne, ale z drugiej strony uważam film za wyraźnie gorszy od Knives Out, a po przespaniu się z nim zarzutów mam o wiele więcej niż po wczorajszym seansie.
W swojej spoilerowej recenzji Grace Randolph zachwyca się, że film jest so current!, tymczasem dla mnie jest to jedna z jego najwiękwszych bolączek. Szczególnie trudne, wręcz odpychające były dla mnie pierwsze minuty, które są niemalże przeglądem gorących tematów z twittera czy internetu ogółem. Johnson zanurza się w świat miliarderów i milionerów, celebrytów wszelkiej maści, afer i skandali wokół nich, jednak w żadnym razie nie jest to na tyle ciekawe czy mięsiste co rodzina przedstawiona w Knives Out. Doceniam to, że Johnson zrobił film niemal pod każdym względem inny od poprzednika, ale też pozbawił go przyziemniejszych punktów odniesienia - wtedy były nimi rodzinne relacje i spory, nawet jeśli walka o wielki majątek znanego pisarza to nie jest coś, z czym przeciętny widz będzie się identyfikować. Bohaterowie Glass Onion pochodzą z zupełnie innego świata, świata znanego nam właśnie z internetu i twittera, gdzie aferę wywoła znana kretynka i jej przebranie się na Halloween za Beyoncé (ten żart akurat doceniam za nienazwanie blackface po imieniu) i jeśli ktoś poprawia sobie humor, ma poczucie wyższości słysząc że filmowy "Elon Musk" to idiota, OK, co kto lubi. Tylko co w tym błyskotliwego skoro wiemy, że prawdziwy Elon Musk, wnioskując z jego wypowiedzi, to idiota?
Film nabrał właściwego rytmu i autentycznie mi się spodobał od momentu gdy rozpoczęła się wiadoma retrospekcja (Janelle Monáe jest dla mnie gwiazdą tego filmu), ale uważam, że w ostatecznym rozrachunku to nie jest dobra intryga. O ile zrywanie kolejnych warstw cebuli we wspomnianej retrospekcji jest naprawdę udane, tak właściwą zagadkę Johnson po prostu zepsuł. Nie wierzę, że byłem jedynym widzem, który od razu zauważył, że [spoiler title=""]Norton celowo podał Bautiście swoją szklankę jednocześnie dość topornie odwracając uwagę reszty bohaterów, i mimo że później Norton (Johnson) gaslightuje bohaterów (widzów), że widzieli coś innego (jest nawet wklejone inne ujęcie), [/spoiler] to ja wiem co widziałem, bo od razu cofnąłem sobie tamten moment żeby się upewnić. (ot, urok premiery streamingowej)
O ile w Knives Out cały finał był realistyczny i sposób w jaki bohaterka Any de Armas "oszuķała system" i wyszła na swoje wynikał z tego, że była po prostu dobrym człowiekiem któremu odwdzięczył się inny dobry człowiek (zamiast swojej toksycznej rodzinie), tak w Glass Onion jest raczej przegięta do granic możliwości fantazja na ten temat. Pay off dla dialogu o przejściu do historii i byciu wymienianym jednym tchem obok Mona Lisy sam w sobie jest świetny, ale fabularnie to coś na kształ historii wymyślonej przez wkurzonego szarego człowieczka wpatrzonego w ekran smartfona któremu marzy się [spoiler title=""]zniszczenie Elona Muska.[/spoiler]
Ostro!
Moje wrażenia z Glass Onion są znacznie bardziej pozytywne, ale z drugiej strony uważam film za wyraźnie gorszy od Knives Out, a po przespaniu się z nim zarzutów mam o wiele więcej niż po wczorajszym seansie.
W swojej spoilerowej recenzji Grace Randolph zachwyca się, że film jest so current!, tymczasem dla mnie jest to jedna z jego najwiękwszych bolączek. Szczególnie trudne, wręcz odpychające były dla mnie pierwsze minuty, które są niemalże przeglądem gorących tematów z twittera czy internetu ogółem. Johnson zanurza się w świat miliarderów i milionerów, celebrytów wszelkiej maści, afer i skandali wokół nich, jednak w żadnym razie nie jest to na tyle ciekawe czy mięsiste co rodzina przedstawiona w Knives Out. Doceniam to, że Johnson zrobił film niemal pod każdym względem inny od poprzednika, ale też pozbawił go przyziemniejszych punktów odniesienia - wtedy były nimi rodzinne relacje i spory, nawet jeśli walka o wielki majątek znanego pisarza to nie jest coś, z czym przeciętny widz będzie się identyfikować. Bohaterowie Glass Onion pochodzą z zupełnie innego świata, świata znanego nam właśnie z internetu i twittera, gdzie aferę wywoła znana kretynka i jej przebranie się na Halloween za Beyoncé (ten żart akurat doceniam za nienazwanie blackface po imieniu) i jeśli ktoś poprawia sobie humor, ma poczucie wyższości słysząc że filmowy "Elon Musk" to idiota, OK, co kto lubi. Tylko co w tym błyskotliwego skoro wiemy, że prawdziwy Elon Musk, wnioskując z jego wypowiedzi, to idiota?
Film nabrał właściwego rytmu i autentycznie mi się spodobał od momentu gdy rozpoczęła się wiadoma retrospekcja (Janelle Monáe jest dla mnie gwiazdą tego filmu), ale uważam, że w ostatecznym rozrachunku to nie jest dobra intryga. O ile zrywanie kolejnych warstw cebuli we wspomnianej retrospekcji jest naprawdę udane, tak właściwą zagadkę Johnson po prostu zepsuł. Nie wierzę, że byłem jedynym widzem, który od razu zauważył, że
O ile w Knives Out cały finał był realistyczny i sposób w jaki bohaterka Any de Armas "oszuķała system" i wyszła na swoje wynikał z tego, że była po prostu dobrym człowiekiem któremu odwdzięczył się inny dobry człowiek (zamiast swojej toksycznej rodzinie), tak w Glass Onion jest raczej przegięta do granic możliwości fantazja na ten temat. Pay off dla dialogu o przejściu do historii i byciu wymienianym jednym tchem obok Mona Lisy sam w sobie jest świetny, ale fabularnie to coś na kształ historii wymyślonej przez wkurzonego szarego człowieczka wpatrzonego w ekran smartfona któremu marzy się
Cytat z Marek Pilarski data 25 grudnia, 2022, 13:13Co do pierwzej fantazji - nie sądzę, że chodzi tu o zemstę mniejszości na białych bogaczach, a raczej o motywy/tematy, które w ostatnich latach był mocno eksploatowane w kinie i telewizji, chociażby w Parasite: 1% najbogatszych vs. 99% pozostałych, "wyrównanie rachunków", różnice klasowe, itd. I niekiedy, szczególnie w amerykańskich produkcjach, przypomina tutaj właśnie "zemstę mniejszości", ale tak naprawdę nie chodzi chyba do końca o to, choć w obu częściach przedstawicielem tych 99% był ktoś z mniejszości: tam latynoskiej, tutaj afroamerykańskiej. Tutaj postać Lionela pokazuje jednak, że to coś więcęj niż "mniejszość" vs. "bogaci/wpływowi", bo on sam należy do tych drugich.
Co do drugiej fantazji - nie wiem, czy zrozumiałem poprawnie to, co masz na myśli, choć akurat podałeś przykłady z The Last Jedi, o których też sam pomyślałem w trakcie seansu - czyli wywrócenie na głowę kanonu (a raczej spalenie go), a tutaj pewnego statusu quo, jeśli chodzi o gatunek jakim jest kryminał, choć może tak mi się tylko wydaje, bo widziałem zbyt mało kryminałów. Zagadka, która wydaje się motorem napędowym fabuły całego filmu [spoiler title=""]zostaje rozwiązana w pierwszej połowie filmu i wytłumaczona w dwie minuty (dla mnie ekstra, bo to niezwykle zabawny moment, którego nie spodziewałem się).[/spoiler] Poza tym zabójcą okazuje się ktoś [spoiler title=""], kto od samego wydaje się najbardziej podejrzaną postacią.[/spoiler] I chyba właśnie dlatego film ten jest ostatecznie niezbyt satysfakcjonujący - Johnson buduje pozornie złożoną intrygę z wieloma twistami, żeby na końcu powiedzieć ustami Blanca, że [spoiler title=""]nie wszystko, co wydaje się złożone, wielowartstowe (jak cebula) i skomplikowane, takie jest.[/spoiler] Można to nazywać zabawą gatunkiem i konwencją, ale pozostawiło to u mnie jednak spory niedosyt.
Jeśli chodzi o finał, to [spoiler title=""]zniszczenie Mony Lizy także w pierewszym momencie wywołało u mnie mieszane uczucia, bo pomyślałem "jak ona mogłaby zniszczyć taki obraz!". I chyba też pomyślałem o tych akcjach ekologów sprzed kilku tygodni.. co ciekawe, nie były w stanie zainspirować Johnsona, tak samo jak Johnson nie mógł zainspirować ekologów. Jednak tak jak w przypadku naszej rzeczywistości próby niszczenia obrazów są sposobem na zwrócenie uwagi na pewien problem na zasadzie "nasza planeta jest niszczona i jak nic z tym nie zrobimy, to te działa sztuki i tak nie będą nic warte" i są inne sposoby, żeby to zrobić, tak w filmie jest narzędzie, które służy do rozwiązanie fabuły - tak naprawdę jedyna możliwość na udupienie Milesa i sposób dla Helen na pomszczenie siostry. I podoba mi się to, bo jednak zachęca do zastanowienia się, czy w podobnej sytuacji sam byłbym w stanie poświęcić jedno z największych dzieł sztuki w historii ludzkości w imię jakiejś osobistej sprawy.[/spoiler]
Dodam jeszcze, że widziałem ten film dwa razy, podobnie zresztą jak Knives Out, choć wtedy w odstępie kilku tygodni. W piątek zacząłem oglądać zbyt późno i byłem zbyt zmęczony, żeby dokończyć. Wczoraj dokończyłem go, ale zdałem sobie sprawę, że dzień wcześniej nie wyłapałem wszystkiego, więc puściłem od początku. I ostatecznie nie klei się tutaj jedna kwestia, która ostatecznie sprawia, że uważam Glass Onion za słabszy film od poprzednika. Chodzi o [spoiler title=""]pojawienie się Andi/Helen. W pierwszym momencie widać ogromne zdziwienie Milesa, że się pojawiła, skoro on ją zabił kilka(naście) dni wcześniej. Ale później w żaden sposób nie jest to rozwinięte. Miles spędza dzień na wyspie, jak gdyby nigdy nic, ma kilka interakcji z Andi/Helen. Czy pomyślał, że jednak nie zmarła? Na to wskazywałaby jego reakcja, gdy Blanc powiedział wszystkim, że to nie Andi, a Helen. Miles zaregował tak, jakby zaświeciła mu się żarówka w głowie. Ale przecież wcześniej wiedział, że Andi faktycznie zmarła, bo Duke pokazał mu na swoim telefonie informację o śmierci. To nie trzyma się za bardzo kupy. Tak samo jak Duke nie zareagował jakoś szczególnie na alert z Google z informacją o śmierci Andi, mimo że pięć minut wcześniej miał z "nią" interakcję, a od razu przeszedł do ofensywy, posklejał fakty (że Miles wracał wtedy z do Andi, gdy go prawie potrącił, więc to Miles musiał ją zabić) i jednocześnie postawił Milesa pod ścianą (pomysł z Alpha News), co zmusiło Milesa do wyeliminowania Duke'a. Czy Duke przypomniał sobie także o tym, że Andi ma siostrę bliźniaczkę i to ona, a nie Andi jest na wyspie i podaje się za swoją siostrę, i dlatego nie zrobiło to na nim większego wrażenia?[/spoiler]
Co do pierwzej fantazji - nie sądzę, że chodzi tu o zemstę mniejszości na białych bogaczach, a raczej o motywy/tematy, które w ostatnich latach był mocno eksploatowane w kinie i telewizji, chociażby w Parasite: 1% najbogatszych vs. 99% pozostałych, "wyrównanie rachunków", różnice klasowe, itd. I niekiedy, szczególnie w amerykańskich produkcjach, przypomina tutaj właśnie "zemstę mniejszości", ale tak naprawdę nie chodzi chyba do końca o to, choć w obu częściach przedstawicielem tych 99% był ktoś z mniejszości: tam latynoskiej, tutaj afroamerykańskiej. Tutaj postać Lionela pokazuje jednak, że to coś więcęj niż "mniejszość" vs. "bogaci/wpływowi", bo on sam należy do tych drugich.
Co do drugiej fantazji - nie wiem, czy zrozumiałem poprawnie to, co masz na myśli, choć akurat podałeś przykłady z The Last Jedi, o których też sam pomyślałem w trakcie seansu - czyli wywrócenie na głowę kanonu (a raczej spalenie go), a tutaj pewnego statusu quo, jeśli chodzi o gatunek jakim jest kryminał, choć może tak mi się tylko wydaje, bo widziałem zbyt mało kryminałów. Zagadka, która wydaje się motorem napędowym fabuły całego filmu
Jeśli chodzi o finał, to
Dodam jeszcze, że widziałem ten film dwa razy, podobnie zresztą jak Knives Out, choć wtedy w odstępie kilku tygodni. W piątek zacząłem oglądać zbyt późno i byłem zbyt zmęczony, żeby dokończyć. Wczoraj dokończyłem go, ale zdałem sobie sprawę, że dzień wcześniej nie wyłapałem wszystkiego, więc puściłem od początku. I ostatecznie nie klei się tutaj jedna kwestia, która ostatecznie sprawia, że uważam Glass Onion za słabszy film od poprzednika. Chodzi o
Cytat z Marek Pilarski data 25 grudnia, 2022, 13:17Mój komentarz odnosi się do opinii Szamana. Zacząłem go pisać, zanim Mierzwiak dodał swój komentarz. 😛
Mój komentarz odnosi się do opinii Szamana. Zacząłem go pisać, zanim Mierzwiak dodał swój komentarz. 😛
Cytat z Szaman data 25 grudnia, 2022, 13:56Marek, masz w zupełności rację z tym ostatnim spoilerem. Pomyślałem wczoraj o tym samym, ale uznałem, że pewnie coś przegapiłem i machnąłem ręką.
[spoiler title=""] Wiele razy spotkałem się z podejściem, że liczy się tylko człowiek, a resztę pokryje ubezpieczenie. Rezydencja Nortona jest jakimś dokonaniem architektonicznym, a każdy element w niej jest wynikiem ciężkiej pracy człowieka. Już abstrahując od Mona Lisy. Nie bawi mnie takie właśnie niszczesnie Elona Muska, to właśnie taka płytka fantazja o dewastacji nielubianego celebryty.
W ogóle obsadzenie Nortona w roli postaci o podwójnej osobowości/zamiarach wydaje mi się już tak niesamowitym lenistwem, że mogę tylko wzruszyć ramionami na całą zagadkę.
[/spoiler]
Wbrew pozorom Mierzwiak ma dość podobne przemyślenia do moich, chociaż trochę inaczej to ująłem, bardziej odniosłem się do samego Johnsona jako autora i różnimy się ogólną oceną.
Marek, masz w zupełności rację z tym ostatnim spoilerem. Pomyślałem wczoraj o tym samym, ale uznałem, że pewnie coś przegapiłem i machnąłem ręką.
W ogóle obsadzenie Nortona w roli postaci o podwójnej osobowości/zamiarach wydaje mi się już tak niesamowitym lenistwem, że mogę tylko wzruszyć ramionami na całą zagadkę.
Wbrew pozorom Mierzwiak ma dość podobne przemyślenia do moich, chociaż trochę inaczej to ująłem, bardziej odniosłem się do samego Johnsona jako autora i różnimy się ogólną oceną.
Cytat z Janko data 25 grudnia, 2022, 16:50Ja też uważam że jest słabszy od poprzednika, niewątpliwie intryga jest gorsza. Mimo wszystko podobał mi się, Daniel Craig czuje się w tej roli jak ryba w wodzie, więc czekam na kolejny film z lepszą zagadką.
Ja też uważam że jest słabszy od poprzednika, niewątpliwie intryga jest gorsza. Mimo wszystko podobał mi się, Daniel Craig czuje się w tej roli jak ryba w wodzie, więc czekam na kolejny film z lepszą zagadką.
Cytat z Mierzwiak data 25 grudnia, 2022, 16:57Zastanawiam się jeszcze czy [spoiler title=""]zniszczenie obrazu [/spoiler]należy odczytywać wyłącznie w kontekście słynnego johnsonowskiego Let the past die a nie, przynajmniej również, jako kolejego prztyczka w kierunku celebrytów mających dzięki swojemu uprzywilejowaniu (jeszcze jedno z wielu ulubionych słów twittera) dostęp do rzeczy normalnie niedostępnych. Przecież nie tak dawno jak w czerwcu było głośno o rzekomych uszkodzeniach jakie powstały na zabytkowej sukience Marilyn Monroe którą wypożyczono Kim Kardashian.
Zastanawiam się jeszcze czy
Cytat z Mierzwiak data 25 grudnia, 2022, 19:41Smile
Bardzo żałuję, że nie wybrałem się do kina.
Klimatyczny miks The Ring (przeskakująca na kolejne osoby "klątwa" oraz to, co lubię i cenię czyli jasno wyłożone zasady), It Follows (a przynajmniej tego, co było w tamtym przecenianym filmie dobre) oraz oryginalnego Candymana. (wątek głównej bohaterki i postrzeganie jej przez otoczenie)
To bardzo konsekwentny do ostatniej minuty horror i nawet wybaczam mu niezbyt oryginalne jump scares, bo w kontekście filmu po prostu działają. Do tego bardzo dobra Bacon, ciekawy soundtrack i zdjęcia.
Smile
Bardzo żałuję, że nie wybrałem się do kina.
Klimatyczny miks The Ring (przeskakująca na kolejne osoby "klątwa" oraz to, co lubię i cenię czyli jasno wyłożone zasady), It Follows (a przynajmniej tego, co było w tamtym przecenianym filmie dobre) oraz oryginalnego Candymana. (wątek głównej bohaterki i postrzeganie jej przez otoczenie)
To bardzo konsekwentny do ostatniej minuty horror i nawet wybaczam mu niezbyt oryginalne jump scares, bo w kontekście filmu po prostu działają. Do tego bardzo dobra Bacon, ciekawy soundtrack i zdjęcia.
Cytat z Mierzwiak data 29 grudnia, 2022, 00:35Pearl (z kapitalną rolą Mii Goth) utwierdziła mnie w przekonaniu, jak świetnym okresem dla (bardzo różnorodnego!) horroru był 2022 rok, niestety pół godziny później włączyłem nowego Hellraisera.
Co za daremny, beznadziejny film. W warstwie obyczajowej udało się nawet zawrzeć coś ciekawego i wiarygodnego - główna bohaterka to uzależniona od narkotyków i alkoholu dziewczyna, która ma z tego powodu napiętą relację z bratem. Ktoś mógłby pomyśleć, że wątek uzależnienia, ucieczki w alkoholowo-narkotyczne uniesienie będzie mieć jakieś znaczenie w tej historii, ale nie. To wszystko zostaje zresztą dość szybko zapomniane i na pierwszy plan wysuwa się wątek horrorowy, a jest on zaskakująco wręcz mierny.
W Night House Bruckner oszczędnymi środkami pieczołowicie kreował atmosferę grozy, tutaj mając do dyspozycji efekty specjalne i fatalną, czasem niezamierzenie śmieszną charakteryzację Cenobitów całkowicie się wykłada. Nie pomaga mu też scenariusz - w okropnym trzecim akcie dostajemy bieganinę po wielkim domu z Cenobitami w roli intruzów, których można zatrzymać... przytrzaskując ich drzwiami.
Nie wiem skąd pozytywne opinie o tym filmie, może z tęsknoty za horrorem który oferuje coś innego? Może, ale uważam to za bardzo nieudaną próbę wskrzeszenia marki.
Pearl (z kapitalną rolą Mii Goth) utwierdziła mnie w przekonaniu, jak świetnym okresem dla (bardzo różnorodnego!) horroru był 2022 rok, niestety pół godziny później włączyłem nowego Hellraisera.
Co za daremny, beznadziejny film. W warstwie obyczajowej udało się nawet zawrzeć coś ciekawego i wiarygodnego - główna bohaterka to uzależniona od narkotyków i alkoholu dziewczyna, która ma z tego powodu napiętą relację z bratem. Ktoś mógłby pomyśleć, że wątek uzależnienia, ucieczki w alkoholowo-narkotyczne uniesienie będzie mieć jakieś znaczenie w tej historii, ale nie. To wszystko zostaje zresztą dość szybko zapomniane i na pierwszy plan wysuwa się wątek horrorowy, a jest on zaskakująco wręcz mierny.
W Night House Bruckner oszczędnymi środkami pieczołowicie kreował atmosferę grozy, tutaj mając do dyspozycji efekty specjalne i fatalną, czasem niezamierzenie śmieszną charakteryzację Cenobitów całkowicie się wykłada. Nie pomaga mu też scenariusz - w okropnym trzecim akcie dostajemy bieganinę po wielkim domu z Cenobitami w roli intruzów, których można zatrzymać... przytrzaskując ich drzwiami.
Nie wiem skąd pozytywne opinie o tym filmie, może z tęsknoty za horrorem który oferuje coś innego? Może, ale uważam to za bardzo nieudaną próbę wskrzeszenia marki.
Cytat z Szaman data 29 grudnia, 2022, 07:24W opiniach pomogło chyba to, że seria zeszła już właściwie do poziomu jakby fan filmów, kręconych dla podtrzymania praw licencyjnych. Oczywiście prawie nikt ich nie oglądał, ale każdy słyszał/widział fragmenty.
Dodatkowo mam wrażenie, że ten przesadny metraż, powolność i paskudne ponuractwo wizualne skutecznie odwracały uwagę od mielizn.
W opiniach pomogło chyba to, że seria zeszła już właściwie do poziomu jakby fan filmów, kręconych dla podtrzymania praw licencyjnych. Oczywiście prawie nikt ich nie oglądał, ale każdy słyszał/widział fragmenty.
Dodatkowo mam wrażenie, że ten przesadny metraż, powolność i paskudne ponuractwo wizualne skutecznie odwracały uwagę od mielizn.
