Opinie o filmach
Cytat z Mierzwiak data 3 listopada, 2024, 22:19Tak czy siak oba filmy mają sceny, w których główna aktorka daje z siebie wszystko 🙂
Tak czy siak oba filmy mają sceny, w których główna aktorka daje z siebie wszystko 🙂
Cytat z Janko data 4 listopada, 2024, 17:21Hellboy: The Crooked Man
Poprzednia produkcja o czerwonym przyjemniaczku to przy tym blockbuster. Ok, taki był zamysł żeby to była mniejsza, kameralna historia, ale czemu to jest takie nudne, bez polotu i jakiejkolwiek kreatywności? O filmach Taylora mozna wiele powiedzieć, ale przynajmniej nie dało się na nich zasnąć, widocznie nie umie w te klimaty. A i jesdzcze Kesy jest gorszy nawet od Harboura.
Cisza nocna
Najlepszy film Bartosza Kowalskiego. Według mnie mógłby być nawet jeszcze lepszy bez horrorowych składowych. Nie można im dużo zarzucić, ale nie ma tam nic szczególnie wyjątkowego, ot takie typowe dla tego reżysera sprawne żonglowanie. Pochwalę niezłe CGI stworków. Jak już wspominałem film mógłby bez tego się bronić w czym zasługa dobrej ostatniej roli Macieja Damięckiego i Zdzisława Wardejna w roli jego współlokatora. Fajnie też że Kowalski pokazał, że może zrobić film bez krwawej masakry, to zdecydowanie pod tym względem najlżejsze jego dzieło.
Hellboy: The Crooked Man
Poprzednia produkcja o czerwonym przyjemniaczku to przy tym blockbuster. Ok, taki był zamysł żeby to była mniejsza, kameralna historia, ale czemu to jest takie nudne, bez polotu i jakiejkolwiek kreatywności? O filmach Taylora mozna wiele powiedzieć, ale przynajmniej nie dało się na nich zasnąć, widocznie nie umie w te klimaty. A i jesdzcze Kesy jest gorszy nawet od Harboura.
Cisza nocna
Najlepszy film Bartosza Kowalskiego. Według mnie mógłby być nawet jeszcze lepszy bez horrorowych składowych. Nie można im dużo zarzucić, ale nie ma tam nic szczególnie wyjątkowego, ot takie typowe dla tego reżysera sprawne żonglowanie. Pochwalę niezłe CGI stworków. Jak już wspominałem film mógłby bez tego się bronić w czym zasługa dobrej ostatniej roli Macieja Damięckiego i Zdzisława Wardejna w roli jego współlokatora. Fajnie też że Kowalski pokazał, że może zrobić film bez krwawej masakry, to zdecydowanie pod tym względem najlżejsze jego dzieło.
Cytat z Marek Pilarski data 4 listopada, 2024, 23:38Udało mi się złapać Konklawe na Kinie Konesera, i powiem Wam, że jestem trochę rozczarowany. Jest to sprawnie i elegancko zrealizowany film, przykład "kina środka" w czasach streamingu, które zasługuje na to, żeby być wyświetlanym na dużym ekranie. Dla mnie jest to tez "kino środka" w sensie takim, że ugrzęzło gdzieś między byciem fikcyjnym kinem gatunowym, które odwołuje się do dość prostych chwytów w celu budowania napięcia i niepokoju, oraz odkrywania kart, a jakimś głębszym komentarzem odnośnie sytuacji i kondycji Kościoła katolickiego na dzisiejsze czasy. Berger próbuje wykorzystać proces wyboru papieża przede wszystkim do lustracji w pewnej zamkniętej przestrzeni ludzi, którzy stoją na samym szycie pewnej instytucji. Ludzi, którzy zdają się głównie walczyć o wpływy i o władzę. I wychodzi mu to średnio. Konklawe w jego wydaniu jest całkowicie obdarte ze świętości i faktycznie przypomina bardziej wybory polityczne, tyle że takie, które odbywają się w pewnym religijnym, rytualnym obrządku. I choć jest to ciekawy zabieg, to jednak w celu wywołania jakichś emocji i budowania napięcia, służą mu proste i niezbyt wyszukane zabiegi. Szczególnie na początku odczułem to mocno, gdy w tle ujęć różnych lokacji, w których odbywa się konklawe (albo które są przygotowywane do konklawe), wybrzmiewa przesadnie "niepokojąca" muzyka. Jakby za chwilę miało wydarzyć się coś złego, choć w sumie nic takiego się nie dzieje. Zwrotami akcji w "śledztwie" postaci granej przez Ralpha Fiennesa jest demaskowanie kolejnych faworytów, którzy są albo uwikłani w skandale seksualne albo korupcję. Jednocześnie tempo w wielu miejscach jest "żółwiowe", bo kilka razy obserwujemy proces głosowania, który w sam w sobie jest po prostu nieciekawy. Z drugiej strony nigdy nie dowiadujemy się, czemu faworyci do zostania nowym papieżem są tak naprawdę faworytami. Poza tym walka o wpływy między frakcjami bardziej liberalnymi i konserwatynymi na dobrą sprawę nie wychodzi poza rzucanie jakimiś wyświechtanymi frazami typu "homoseksualizm", "rozwody", "rola kobiet", itd., a całość dość pretekstowo jest zanurzona w problemach, z którymi boryka się obecnie świat czy bliżej nawet Europa. Więc w tym sensie nie widzę tutaj jakiejś głębszej czy szczerej dyskusji czy chociażby refleksji na temat Kościoła, a autentyczność tego, w jaki sposób przedstawiony został proces konklawe - przynajmniej osobiście - stawiam pod dużym znakiem zapytania. Podobało mi się jednak to, że cały film jest tak naprawdę opowiedziamy z perspektywy bohatera Fiennesa, którego punkt widzenia jest dość ograniczony, bo - ze względu zasady konklawe - jest przez większość czasu (w dużym stopniu) odcięty od świata zewnętrznego. Jako widz wiem dokładnie tyle, ile on wie. Więc ostatecznie było kilka momentów, które okazały się zaskakujące. W kontekście całości rozumiem także dlaczego ta postać została mianowana do roli osoby "zarządzającej" procesem wyboru nowego papieża, choć tutaj znów nie dostałem odpowiedzi na pytanie z czego wynika problem, z którym on się boryka.
Udało mi się złapać Konklawe na Kinie Konesera, i powiem Wam, że jestem trochę rozczarowany. Jest to sprawnie i elegancko zrealizowany film, przykład "kina środka" w czasach streamingu, które zasługuje na to, żeby być wyświetlanym na dużym ekranie. Dla mnie jest to tez "kino środka" w sensie takim, że ugrzęzło gdzieś między byciem fikcyjnym kinem gatunowym, które odwołuje się do dość prostych chwytów w celu budowania napięcia i niepokoju, oraz odkrywania kart, a jakimś głębszym komentarzem odnośnie sytuacji i kondycji Kościoła katolickiego na dzisiejsze czasy. Berger próbuje wykorzystać proces wyboru papieża przede wszystkim do lustracji w pewnej zamkniętej przestrzeni ludzi, którzy stoją na samym szycie pewnej instytucji. Ludzi, którzy zdają się głównie walczyć o wpływy i o władzę. I wychodzi mu to średnio. Konklawe w jego wydaniu jest całkowicie obdarte ze świętości i faktycznie przypomina bardziej wybory polityczne, tyle że takie, które odbywają się w pewnym religijnym, rytualnym obrządku. I choć jest to ciekawy zabieg, to jednak w celu wywołania jakichś emocji i budowania napięcia, służą mu proste i niezbyt wyszukane zabiegi. Szczególnie na początku odczułem to mocno, gdy w tle ujęć różnych lokacji, w których odbywa się konklawe (albo które są przygotowywane do konklawe), wybrzmiewa przesadnie "niepokojąca" muzyka. Jakby za chwilę miało wydarzyć się coś złego, choć w sumie nic takiego się nie dzieje. Zwrotami akcji w "śledztwie" postaci granej przez Ralpha Fiennesa jest demaskowanie kolejnych faworytów, którzy są albo uwikłani w skandale seksualne albo korupcję. Jednocześnie tempo w wielu miejscach jest "żółwiowe", bo kilka razy obserwujemy proces głosowania, który w sam w sobie jest po prostu nieciekawy. Z drugiej strony nigdy nie dowiadujemy się, czemu faworyci do zostania nowym papieżem są tak naprawdę faworytami. Poza tym walka o wpływy między frakcjami bardziej liberalnymi i konserwatynymi na dobrą sprawę nie wychodzi poza rzucanie jakimiś wyświechtanymi frazami typu "homoseksualizm", "rozwody", "rola kobiet", itd., a całość dość pretekstowo jest zanurzona w problemach, z którymi boryka się obecnie świat czy bliżej nawet Europa. Więc w tym sensie nie widzę tutaj jakiejś głębszej czy szczerej dyskusji czy chociażby refleksji na temat Kościoła, a autentyczność tego, w jaki sposób przedstawiony został proces konklawe - przynajmniej osobiście - stawiam pod dużym znakiem zapytania. Podobało mi się jednak to, że cały film jest tak naprawdę opowiedziamy z perspektywy bohatera Fiennesa, którego punkt widzenia jest dość ograniczony, bo - ze względu zasady konklawe - jest przez większość czasu (w dużym stopniu) odcięty od świata zewnętrznego. Jako widz wiem dokładnie tyle, ile on wie. Więc ostatecznie było kilka momentów, które okazały się zaskakujące. W kontekście całości rozumiem także dlaczego ta postać została mianowana do roli osoby "zarządzającej" procesem wyboru nowego papieża, choć tutaj znów nie dostałem odpowiedzi na pytanie z czego wynika problem, z którym on się boryka.
Cytat z Mierzwiak data 8 listopada, 2024, 17:09Przepraszam, po prostu zacytowałem tę wyglądającą na opłaconą 🙂
Przepraszam, po prostu zacytowałem tę wyglądającą na opłaconą 🙂
Cytat z Szaman data 9 listopada, 2024, 15:44A Real Pain (2024)
Moja mama prawdopodobnie od momentu premiery jest wielką fanką Dirty Dancing. Aż jutro na obiedzie powiem jej, że Jennifer Grey była zaledwie trzy przystanki od niej, na Majdanku i na Dworcu PKP. Strasznie dziwaczne uczucie, nawet jeśli Baby można już rozpoznać jedynie po oczach.
Dziwne było też oglądanie tego w Cinema City znajdującym się niedaleko Hotelu Victoria, na dachu którego, obok rozpoznawalnego logo, Eisenberg i Culkin palą blanta i rozmawiają o swoim życiu.
Dla mnie świetny film, zagrany i napisany dokładnie na takich nutach jakie uwielbiam w amerykańskim kinie niezależnym. Jedyny mały zarzut- Chopin z którego składa się ścieżka dźwiękowa był chyba zbyt pompatyczny.
Culkin absolutnie kradnie ekran, o czym już pewnie słyszeliście, ale Eisenberg napisał również dla siebie przynajmniej dwie, świetne sceny dramatyczne. Szczególnie właśnie wspomniana rozmowa na Victorii i scena kolacji w Mandragorze, żydowskiej restauracji w Lublinie, robią duże wrażenie.
Tak na gorąco 9/10, film roku do którego będę wracał wielokrotnie myślami. Jednocześnie obawiam się, że tak wysoka ocena to pocałunek śmierci. Bo to jeden z tych filmów co niby jest mały, niby szybko mija i ktoś mógłby zdziwić się, że o co tyle krzyku. Ale imponuje mi sposób w jaki mówi o depresji, samotności, rozczarowaniu, błędnym obrazie drugiej osoby i usilnym poszukiwaniu katharsis.
A Real Pain (2024)
Moja mama prawdopodobnie od momentu premiery jest wielką fanką Dirty Dancing. Aż jutro na obiedzie powiem jej, że Jennifer Grey była zaledwie trzy przystanki od niej, na Majdanku i na Dworcu PKP. Strasznie dziwaczne uczucie, nawet jeśli Baby można już rozpoznać jedynie po oczach.
Dziwne było też oglądanie tego w Cinema City znajdującym się niedaleko Hotelu Victoria, na dachu którego, obok rozpoznawalnego logo, Eisenberg i Culkin palą blanta i rozmawiają o swoim życiu.
Dla mnie świetny film, zagrany i napisany dokładnie na takich nutach jakie uwielbiam w amerykańskim kinie niezależnym. Jedyny mały zarzut- Chopin z którego składa się ścieżka dźwiękowa był chyba zbyt pompatyczny.
Culkin absolutnie kradnie ekran, o czym już pewnie słyszeliście, ale Eisenberg napisał również dla siebie przynajmniej dwie, świetne sceny dramatyczne. Szczególnie właśnie wspomniana rozmowa na Victorii i scena kolacji w Mandragorze, żydowskiej restauracji w Lublinie, robią duże wrażenie.
Tak na gorąco 9/10, film roku do którego będę wracał wielokrotnie myślami. Jednocześnie obawiam się, że tak wysoka ocena to pocałunek śmierci. Bo to jeden z tych filmów co niby jest mały, niby szybko mija i ktoś mógłby zdziwić się, że o co tyle krzyku. Ale imponuje mi sposób w jaki mówi o depresji, samotności, rozczarowaniu, błędnym obrazie drugiej osoby i usilnym poszukiwaniu katharsis.
Cytat z Mierzwiak data 10 listopada, 2024, 15:45Cytat z Szaman data listopad 9, 2024, 15:44zagrany i napisany dokładnie na takich nutach jakie uwielbiam w amerykańskim kinie niezależnym
Nie padam na kolana przed filmem Eisenberga, ale powyższy cytat z recenzji Szamana to jego bardzo trafne podsumowanie.
Cytat z Szaman data listopad 9, 2024, 15:44zagrany i napisany dokładnie na takich nutach jakie uwielbiam w amerykańskim kinie niezależnym
Nie padam na kolana przed filmem Eisenberga, ale powyższy cytat z recenzji Szamana to jego bardzo trafne podsumowanie.
Cytat z Marek Pilarski data 14 listopada, 2024, 21:32U mnie zostawił chyba jednak pewien niedosyt, ale faktycznie wspomniane przez Szamana sceny na dachu hotelu i w restauracji zrobiłyna mnie duże wrażenie. Generalnie bardzo przyjemny seans, dobrze wyważony komediodramat.
U mnie zostawił chyba jednak pewien niedosyt, ale faktycznie wspomniane przez Szamana sceny na dachu hotelu i w restauracji zrobiłyna mnie duże wrażenie. Generalnie bardzo przyjemny seans, dobrze wyważony komediodramat.
Cytat z Mierzwiak data 14 listopada, 2024, 21:37End of Days (Disney+)
Nie wiem co mnie podkusiło żeby go powtórzyć, chyba słabość dla lat 90-tych / początku dwutysięcznych, bo jest równie fatalny jak zapamiętałem i to do tego stopnia, że właśnie zrobiłem przerwę na napisanie tego posta.
Odpalcie scenę od 58:50 do 59:30 i policzcie cięcia montażowe. Ja wymiękam 🙂
End of Days (Disney+)
Nie wiem co mnie podkusiło żeby go powtórzyć, chyba słabość dla lat 90-tych / początku dwutysięcznych, bo jest równie fatalny jak zapamiętałem i to do tego stopnia, że właśnie zrobiłem przerwę na napisanie tego posta.
Odpalcie scenę od 58:50 do 59:30 i policzcie cięcia montażowe. Ja wymiękam 🙂
Cytat z Szaman data 14 listopada, 2024, 22:07Miałem wrażenie, że ktoś rzuca pojedyncze fotosy na stolik 🙂 A taki ładny wybuch jest chwilę wcześniej. Jakiś czas temu oglądałem "Dorwać Cartera" w wersji ze Stallonem, zapamiętałem go w podobny sposób.
Miałem wrażenie, że ktoś rzuca pojedyncze fotosy na stolik 🙂 A taki ładny wybuch jest chwilę wcześniej. Jakiś czas temu oglądałem "Dorwać Cartera" w wersji ze Stallonem, zapamiętałem go w podobny sposób.
Cytat z Janko data 15 listopada, 2024, 19:43Gladiator II
Zrobiłem sobie powtórkę pierwszego (wciąż znakomite widowisko) i mając w pamięci Napoleona szykowałem się na tragedię. Jasne jest kilka klas gorszy od jedynki, ale nie jest najgorzej to przeciętny a w porywach niezły film. Na gorąco:
- Mescal w pierwszym blockbusterze wypadł OK, ale do charyzmy Russela to jest bardzo daleko.
- historia jest w sporej części powtórzeniem oryginału, niby są zmiany, ale to na zasadzie widzicie jakiś wysiłek wykonaliśmy pisząc ten scenariusz
- jedynka sprzed 24 lat ma lepsze efekty specjalne. Mniej bym się wstydził chodząc z gołą dupą niż wypuszczając te sceny z małpami i rekinami
- pierwsza scena batalistyczna całkiem porządna, ale cóż znowu wolę tę surową, bez widocznego CGI z pierwowzoru. Sceny walk też dobre, ale a jakże również nie powalają
- Denzel chyba najlepszy mimo, że trochę denzeluje, najgorsza jest para cesarzy, mieli być Kaligulami do kwadratu okazali się błaznami
- finał kompletnie bez klimatu
Gladiator II
Zrobiłem sobie powtórkę pierwszego (wciąż znakomite widowisko) i mając w pamięci Napoleona szykowałem się na tragedię. Jasne jest kilka klas gorszy od jedynki, ale nie jest najgorzej to przeciętny a w porywach niezły film. Na gorąco:
- Mescal w pierwszym blockbusterze wypadł OK, ale do charyzmy Russela to jest bardzo daleko.
- historia jest w sporej części powtórzeniem oryginału, niby są zmiany, ale to na zasadzie widzicie jakiś wysiłek wykonaliśmy pisząc ten scenariusz
- jedynka sprzed 24 lat ma lepsze efekty specjalne. Mniej bym się wstydził chodząc z gołą dupą niż wypuszczając te sceny z małpami i rekinami
- pierwsza scena batalistyczna całkiem porządna, ale cóż znowu wolę tę surową, bez widocznego CGI z pierwowzoru. Sceny walk też dobre, ale a jakże również nie powalają
- Denzel chyba najlepszy mimo, że trochę denzeluje, najgorsza jest para cesarzy, mieli być Kaligulami do kwadratu okazali się błaznami
- finał kompletnie bez klimatu
Cytat z Mierzwiak data 15 listopada, 2024, 20:25Dla mnie przeraźliwie nudny, odgrzewany kotlet i kolejny remake podszywający się pod sequel.
Największe zaskoczenie to jakim pozbawionym charyzmy i prezencji (czasem wygląda jak przygłup) drewnianym klocem jest tu Mescal (ależ Scott go skrzywdził tymi przemowami!) i jak małą rolę dostał Pascal, tak bardzo tu kiepski, że można się zastanawiać czy to nie brat bliźniak popularnego obecnie aktora.
W sumie tyle. Tak bardzo nie czekałem na ten film że aż zapomniałem w tygodniu powtórzyć sobie oryginał, i w sumie dobrze, posłuży mi za odtrutkę po tej podróbie z komputerową przemocą i żenującą czołówką, Ridleyowi chyba już na oczy padło skoro przyklepał takie paskudztwo, wspomniane CGI małpy i rekiny też.
Dla mnie przeraźliwie nudny, odgrzewany kotlet i kolejny remake podszywający się pod sequel.
Największe zaskoczenie to jakim pozbawionym charyzmy i prezencji (czasem wygląda jak przygłup) drewnianym klocem jest tu Mescal (ależ Scott go skrzywdził tymi przemowami!) i jak małą rolę dostał Pascal, tak bardzo tu kiepski, że można się zastanawiać czy to nie brat bliźniak popularnego obecnie aktora.
W sumie tyle. Tak bardzo nie czekałem na ten film że aż zapomniałem w tygodniu powtórzyć sobie oryginał, i w sumie dobrze, posłuży mi za odtrutkę po tej podróbie z komputerową przemocą i żenującą czołówką, Ridleyowi chyba już na oczy padło skoro przyklepał takie paskudztwo, wspomniane CGI małpy i rekiny też.
Cytat z Szaman data 15 listopada, 2024, 22:43Właśnie powtórzyłem jedynkę. Bardzo dobrze się trzyma, tylko te okropne spowolnienia w kilku scenach i wypłowiała wizja nieba boleśnie przypominają o roku 2000. Crowe wspaniały, absolutnie zasłużony Oscar. Phoenix niewiele gorszy i przez lata jego rola uchodziła w mojej głowie za totalnie wymaiatającą, a przy tej powtórce pozamiatał Russell.
Właśnie powtórzyłem jedynkę. Bardzo dobrze się trzyma, tylko te okropne spowolnienia w kilku scenach i wypłowiała wizja nieba boleśnie przypominają o roku 2000. Crowe wspaniały, absolutnie zasłużony Oscar. Phoenix niewiele gorszy i przez lata jego rola uchodziła w mojej głowie za totalnie wymaiatającą, a przy tej powtórce pozamiatał Russell.
Cytat z Mierzwiak data 15 listopada, 2024, 22:50Wizja nieba jest w 100% efektywna j cudowna w swojej prostoliniowości, jestem gotów umrzeć w jej obronie 🙂
Wizja nieba jest w 100% efektywna j cudowna w swojej prostoliniowości, jestem gotów umrzeć w jej obronie 🙂
Cytat z Szaman data 15 listopada, 2024, 22:58Spoko, nie jest dla mnie takim problemem, pewnie przesadzam. Ale zwróć uwagę na te dramatyczne spowolnienia, miałem wrażenie, że pochodzą z jakiejś innej epoki.
Oczywiście sam motyw z niebem jest piękny i zasłużenie przeszedł do historii kina.
Jeszcze taka głupotka, w scenie śmierci swojej rodziny Crowe wydawał mi się jakiś grubszy 🙂 Czyżby kręcili ją na samym początku i jeszcze nie wszystko z niego zeszło po Informatorze?
Spoko, nie jest dla mnie takim problemem, pewnie przesadzam. Ale zwróć uwagę na te dramatyczne spowolnienia, miałem wrażenie, że pochodzą z jakiejś innej epoki.
Oczywiście sam motyw z niebem jest piękny i zasłużenie przeszedł do historii kina.
Jeszcze taka głupotka, w scenie śmierci swojej rodziny Crowe wydawał mi się jakiś grubszy 🙂 Czyżby kręcili ją na samym początku i jeszcze nie wszystko z niego zeszło po Informatorze?
Cytat z Mierzwiak data 15 listopada, 2024, 23:39Od 24 lat Crowe wydaje mi się w tej scenie właśnie taki opuchnięty jakby 🙂
No właśnie, 24 lata - to jest film z innej epoki i chwała mu za to. Jeśli dobrze myślę w temacie tych spowolnień, to technika ta była wykorzystana też we Władcy Pierścieni.
Od 24 lat Crowe wydaje mi się w tej scenie właśnie taki opuchnięty jakby 🙂
No właśnie, 24 lata - to jest film z innej epoki i chwała mu za to. Jeśli dobrze myślę w temacie tych spowolnień, to technika ta była wykorzystana też we Władcy Pierścieni.
Cytat z robgordon data 16 listopada, 2024, 15:53Strange Darling
Fajnie, że w temacie thrillerów w stylu Tarantino da się pokazać coś jeszcze. Niewiele mogę dodać więcej, bo sporo opiera się na twiście, którego znajomość może popsuć frajdę z seansu. Film jest jednak na tyle zwodniczy, że moja dziewczyna odmówiła jego oglądania po dosłownie kilkudziesięciu sekundach. Opierając swe obawy na zupełnie błędnych przesłankach 😉 Świetna Willa Fitzgerald, prawie nie do poznania i zupełnie inna niż w Reacherze.
7, a w porywach nawet 8/10
Strange Darling
Fajnie, że w temacie thrillerów w stylu Tarantino da się pokazać coś jeszcze. Niewiele mogę dodać więcej, bo sporo opiera się na twiście, którego znajomość może popsuć frajdę z seansu. Film jest jednak na tyle zwodniczy, że moja dziewczyna odmówiła jego oglądania po dosłownie kilkudziesięciu sekundach. Opierając swe obawy na zupełnie błędnych przesłankach 😉 Świetna Willa Fitzgerald, prawie nie do poznania i zupełnie inna niż w Reacherze.
7, a w porywach nawet 8/10
Cytat z Szaman data 16 listopada, 2024, 18:49Gladiator 2
W punktach będzie
- Paul Mescal to żywy dowód na to, że nie każdego aktora kina dramatycznego można przypakować i zrobić z niego gwiazdę kina akcji. Dawno nie widziałem tak zaskakującej porażki przy transferze do wysokobudżetowego Hollywood. Co z tego, że obcina głowy i ręce, jak wychodzi na grzecznego bibliotekarza udającego zabijakę. Zemsta Woody'ego Allena miałaby więcej ognia w jego oczach schowanych za grubymi szkłami, groźby Chipa i Dale'a byłyby bardziej przerażające, Goofy na wakacjach był bardziej męski. Zabili mu żonę, ale właściwie jakby zajęli mu miejsce parkingowe pod Biedronką w niedzielę handlową. U Crowe'a zagrało to, że jego talent dramatyczny jest połączony z charyzmą kasetowego zabijaki, co Russell monetyzuje na smutnym, późnym etapie swojej kariery. Bolałoby mniej gdyby wcisnęli go w jakiś nudny kostium i kazali fruwać strzelając z rąk, ale chłop wchodzi w buty jednej z najsłynniejszych opowieści o męskości, honorze i zemście, której wspomnienie wzrusza każdego kto słyszy filmową piosenkę w popołudniu z RMF FM.
- oświećcie mnie, czy naprawdę zalewali Koloseum i wpuszczali tam rekiny ci cholerni Rzymianie, ale na filmie wypada to maksymalnie nieprzekonująco. Małpopsy wybijają z jakiegokolwiek klimatu już na początku filmu i pewnie będą ciągnąć się za Scottem jak komputerowy świstak za Spielbergiem. Aż do czasu wątpliwej rehabilitacji tego prawie-remake'u.
- jakiś czas temu chyba pisałem, że Fred Hechinger mógłby zagrać Layne'a Staleya w jego filmowej biografii. Mój Boże, a jakim ja żyłem błędzie. Krąży ostatnio taka reklama w której stos brudnego prania układa się w przyjaciela małego chłopca. Ten stos brudnego prania ma w sobie więcej charyzmy i psychopatycznej mocy niż Fred Hechinger. On i kompletnie zagubiony Joseph Quinn grają bliźniaków-cesarzy którzy sprawiają wrażenie, że ktoś wziął i podzielił na pół rolę Joaquina Phoenixa. Obaj wypadają koszmarnie, znowu jak totalne pomyłki obsadowe. Jak przyrządzenie barszczu z uszkami na Wielkanoc.
- Ostatnia scena żebrze o emocje których nie było. Dlaczego mimo tego samego schematu zabijania "niemych" żon różnica jest tak wielka? Odpowiedź jest prosta, kino zemsty tworzy nie sama zemsta, a bohaterowie spektaklu zemsty. Niby proste, banalne, a jak widać za trudne gdy po prostu przegląda się notatnik z nazwiskami aktorów z popularnych seriali, lub ostatnich rozdań popularnych nagród
- Przyznam, że nie zachwycił mnie Denzel Washington. Taki recykling z Dnia próby uszedłby gdyby pasował do miejsca i okoliczności. Ogrom aktorów oparł na zadowalającym recyklingu swoje kariery. Tutaj brudny gliniarz zupełnie nie pasuje do rzeczywistości w której się porusza. Jeszcze mogli mu puścić jakiś rap, jak w Ostatnim skaucie. Wyłbym z bólu.
4/10
Gladiator 2
W punktach będzie
- Paul Mescal to żywy dowód na to, że nie każdego aktora kina dramatycznego można przypakować i zrobić z niego gwiazdę kina akcji. Dawno nie widziałem tak zaskakującej porażki przy transferze do wysokobudżetowego Hollywood. Co z tego, że obcina głowy i ręce, jak wychodzi na grzecznego bibliotekarza udającego zabijakę. Zemsta Woody'ego Allena miałaby więcej ognia w jego oczach schowanych za grubymi szkłami, groźby Chipa i Dale'a byłyby bardziej przerażające, Goofy na wakacjach był bardziej męski. Zabili mu żonę, ale właściwie jakby zajęli mu miejsce parkingowe pod Biedronką w niedzielę handlową. U Crowe'a zagrało to, że jego talent dramatyczny jest połączony z charyzmą kasetowego zabijaki, co Russell monetyzuje na smutnym, późnym etapie swojej kariery. Bolałoby mniej gdyby wcisnęli go w jakiś nudny kostium i kazali fruwać strzelając z rąk, ale chłop wchodzi w buty jednej z najsłynniejszych opowieści o męskości, honorze i zemście, której wspomnienie wzrusza każdego kto słyszy filmową piosenkę w popołudniu z RMF FM.
- oświećcie mnie, czy naprawdę zalewali Koloseum i wpuszczali tam rekiny ci cholerni Rzymianie, ale na filmie wypada to maksymalnie nieprzekonująco. Małpopsy wybijają z jakiegokolwiek klimatu już na początku filmu i pewnie będą ciągnąć się za Scottem jak komputerowy świstak za Spielbergiem. Aż do czasu wątpliwej rehabilitacji tego prawie-remake'u.
- jakiś czas temu chyba pisałem, że Fred Hechinger mógłby zagrać Layne'a Staleya w jego filmowej biografii. Mój Boże, a jakim ja żyłem błędzie. Krąży ostatnio taka reklama w której stos brudnego prania układa się w przyjaciela małego chłopca. Ten stos brudnego prania ma w sobie więcej charyzmy i psychopatycznej mocy niż Fred Hechinger. On i kompletnie zagubiony Joseph Quinn grają bliźniaków-cesarzy którzy sprawiają wrażenie, że ktoś wziął i podzielił na pół rolę Joaquina Phoenixa. Obaj wypadają koszmarnie, znowu jak totalne pomyłki obsadowe. Jak przyrządzenie barszczu z uszkami na Wielkanoc.
- Ostatnia scena żebrze o emocje których nie było. Dlaczego mimo tego samego schematu zabijania "niemych" żon różnica jest tak wielka? Odpowiedź jest prosta, kino zemsty tworzy nie sama zemsta, a bohaterowie spektaklu zemsty. Niby proste, banalne, a jak widać za trudne gdy po prostu przegląda się notatnik z nazwiskami aktorów z popularnych seriali, lub ostatnich rozdań popularnych nagród
- Przyznam, że nie zachwycił mnie Denzel Washington. Taki recykling z Dnia próby uszedłby gdyby pasował do miejsca i okoliczności. Ogrom aktorów oparł na zadowalającym recyklingu swoje kariery. Tutaj brudny gliniarz zupełnie nie pasuje do rzeczywistości w której się porusza. Jeszcze mogli mu puścić jakiś rap, jak w Ostatnim skaucie. Wyłbym z bólu.
4/10
