Nie będę kazał Wam czekać i złamię pierwszą zasadę clickbaitów – na „Aquamana” iść warto. Obraz Warnera jeszcze przed premierą był interesujący z wielu względów. Po naprawdę dobrej „Wonder Woman”, DC zaserwowało nam nieco mdłą „Ligę Sprawiedliwości”. Historia króla Antlantów miała dać odpowiedź, w jaką stronę pójdzie rozchwiane komiksowe uniwersum i czy po następnych produkcjach należy mieć wciąż nadzieję.

Wyjściowo istotnym faktem jest to, że pomimo przynależności do DCEU, „Aquaman” to faktycznie niemal standalone. Konstrukcja zakłada przedstawienie genezy Arthura Curry’ego, choć zwykle istotny w tego typu historiach moment „odkrycia tożsamości/nabycia umiejętności” właściwie nie istnieje. W ekspresowym tempie dostajemy podstawowe elementy układanki, na całą resztę czas przychodzi dopiero w pojawiających się później retrospekcjach. Nie jestem fanem takiego rozwiązania, ale pozwoliło odciążyć i tak zbyt szybko pędzący prolog.

Osią fabuły jest walka Aquamana (Jason Momoa) o powstrzymanie przyrodniego brata Orma, przed wywołaniem wojny między ludami morza i lądu. W tym celu będzie musiał stanąć do walki o przywództwo nad podwodnym królestwem. Jednocześnie w tę walkę wplącze się mający porachunki z Currym pirat i najemnik David Kane (Yahya-Abdul Mateen II). U bogu Aquamana stanie znana już z „Ligi” Mera (Amber Heard), która oczywiście tym razem otrzyma znacznie istotniejszą rolę. Na drugim planie roi się od znanych twarzy, poczynając na Willemie Dafoe, poprzez Nicole Kidman, na Dolphie Lundgrenie skończywszy.

Warner Bros.

Jakim zatem filmem jest „Aquaman”? Trudnym do oceny. Dialogi to często grubo ciosany patos i momentami topiące twarz w dłoniach z zażenowania dialogi (chociaż daleko do twojej starej). Wydarzenia toczą się dość schematycznie, postaci raczej nie zaskakują, a scena pierwszej konfrontacji nieco za mocno skojarzyła mi się z „TRON: Dziedzictwo”. Z wielu powodów. Pomimo tego, wypada wiele rzeczy docenić. Jeszcze przedwcześnie na ogłoszenie śmierci słynnych CGI by Warner, tym bardziej że sceny na powierzchni to póki co kroczek w dobrym kierunku. Sceny podwodne to jednak feeria barw i pomysłowe wykorzystanie możliwości, jakie dawała lokalizacja scen. Widać tu próby eksperymentów, na które wcześniej ekipa DC się nie poważała.

Nowy kierunek DC to chyba odejście od kreowanego na siłę mrocznego wizerunku i przejście w stronę lżejszego podejścia z przymrużeniem oka. Wypada to dobrze, tym bardziej że Momoa to trafiony wybór w roli zarazem poważnego i wyluzowanego Aquamana. Nieco niespodziewanie przekonująco wypada chemia między nim i Heard. Serwowany nam przez scenarzystów koktajl żywcem przenoszonego na ekran komiksu o cechach eposu heroicznego i kina przygodowego to jeszcze nic. Na okrasę jest mocna przemiana bohatera, a’la szekspirowski dramat, trochę romansu i silnie zaznaczony humor w środkowej fazie filmu. Tutaj udało się posklejać wszystko w całość, ale drugi raz tak eklektyczna mieszanka może zawieść.

Warner Bros.

Ależ to była przygoda. Najnowsza produkcja DC to gotowy przepis na podzielenie recenzentów i widzów. Film Jamesa Wana jest melanżem oczywistych błędów i niedoróbek z imponującą stroną wizualną i autentyczną przyjemnością oglądania. Dość przeciętnie napisane postaci zostały naprawdę dobrze odegrane. Ten miks fantasy i filmu akcji z przymrużeniem oka to dobry kierunek dla filmowego uniwersum Warnera, ale wciąż nieoszlifowany. Warto jednak zauważyć, że zadziałało tu wiele rzeczy, które sprawiły iż tak dobrze przyjęto „Wonder Woman”. „Aquaman” zajmie drugie miejsce w rankingu DCEU, generując spory kapitał przed następnymi wyzwaniami i z pewnością zapowiadając nieodległego „Shazama!”. Całkowicie ślepnąc na wszystkie wymienione wady, doceniam próbę nadania ciekawego kierunku w świecie DCEU i zamiast w kategorii „niezły”, przekonam siebie do wrzucenia do worka „dobry”. Tak nieco świątecznie, z empatią.

Ocena: 4/6

P.S. W akcie wyrozumiałości jedynie napomknę szkody dokonane na utworze „Africa” zespołu TOTO. Ale jeszcze jeden taki numer i się pogniewamy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.